Nowy numer 5/2023 Archiwum

Śmierć przyszła cicho

Gigantyczne zwały śniegu zeszły ze stoku nagle. W niedalekim Karpaczu nikt ich nie usłyszał. 20 marca 1968 r. w w Białym Jarze w Karkonoszach lawina zabiła 19 osób. To największa tragedia w historii polskich gór.

Całością akcji kierował specjalny sztab ulokowany w hotelu „Mieszko”. W mieście czuć było przygnębiającą atmosferę. Ostatnią ofiarę odgrzebano 5 kwietnia. Po 17 dniach akcji ratunkowej.

- Szkoda tych Rosjan. Wszyscy mieszkali w hotelu „Juventur”. Było ich widać na mieście - wspomina Wiktor Szczypka.

Śmierć przyszła cicho   Nieistniejący już obelisk ku czci ofiar lawiny, wystawiony w 1969 r. Wiktor Szczypka  W sprawie wypadku prokuratura nie wszczęła żadnego śledztwa. Panowała powszechna opinia, że zawinili sami turyści.

- Poszli w góry bez przewodnika, tylko z pilotem wycieczki. Gdyby mieli jakieś pojęcie o górach, wybraliby zimowy szlak zamiast letniego. Wtedy prawdopodobnie by żyli - mówi ratownik.

W pierwszą rocznicę tragedii w Białym Jarze postawiono obelisk ku czci tych, których zabrała lawina. Monument składał się z kilku bloków skalnych ułożonych jeden na drugim.

Na dole była tablica: „Tragiczną śmierć w zwałach śnieżnej lawiny poniosło w tym miejscu 20 marca 1968 roku 19 nieodżałowanych entuzjastów gór i przyrody. Cześć ich pamięci”.

Pięć lat później obelisk zabrała... lawina. Kilkutonowe bloki zaniosła tysiąc metrów dalej. Odnalezioną tablicę goprowcy przechowują w muzeum. 

- Może natura nie chciała, żeby upamiętniać jej zbrodnię - zastanawia się Wiktor Szczypka.

- E tam, był źle postawiony - uważa Andrzej Brzeziński.

Niedawno powstał pomysł odbudowania obelisku.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy