• facebook
  • rss
  • Z nożem na pielęgniarkę

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 50/2014

    dodane 11.12.2014 00:00

    Czy w placówkach służby zdrowia możemy czuć się bezpiecznie?

    Przed tygodniem w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy w poczekalni oddziału chirurgii szaleniec ugodził kilka razy nożem jedną z pielęgniarek. Kobieta podeszła do niego, by zapytać, czy dobrze się czuje. To wystarczyło, by 47-letni mężczyzna rzucił się na nią i zadał jej ciosy m.in. w twarz, brzuch i uda. Policja prowadzi postępowanie, sprawdzając wersję, że napastnik leczy się psychiatrycznie. Według świadków miał on krzyczeć chwilę po zdarzeniu, że to Bóg kazał mu zaatakować i zabić pielęgniarkę. Ranna kobieta od razu trafiła na stół operacyjny. Jest już po zabiegu, lekarze twierdzą, że jej życie nie jest już zagrożone.

    Takim atakom trudno zapobiegać

    Po ataku w legnickiej lecznicy warto o to zapytać administratorów tych placówek. Co prawda ten atak nożownika szaleńca był pierwszym tak drastycznym wydarzeniem w Legnicy, ale pielęgniarki i lekarze mówią, że utarczki słowne, a nawet przepychanki z pacjentami to prawie codzienność. Tomasz Kozieł, rzecznik legnickiego szpitala, uważa, że placówki służby zdrowia – zwłaszcza te większe – są dobrze chronione. – Szpital jest bezpieczniejszym miejscem niż chodnik w środku miasta – uważa. – Mamy ochroniarzy i monitoring. Prowadzimy też szkolenia dla personelu, jak reagować na agresję werbalną, jak próbować uciszać emocje i dotrzeć do pacjenta – wylicza. Przyznaje jednocześnie, że ostatnie dramatyczne wydarzenie było bardzo groźnym przypadkiem. – To jednak wydarzyło się u nas po raz pierwszy, a mogło do tego dojść w każdym szpitalu. Po drugie takim wydarzeniom niezwykle trudno zapobiegać – mówi Tomasz Kozieł.

    Słowo też boli

    Jeżeli już dochodzi w szpitalach do agresji, jest ona przede wszystkim słowna i kierowana głównie do personelu. Szczególnym punktem zapalnym są Szpitalne Oddziały Ratunkowe, gdzie trafiają pacjenci przywożeni m.in. pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Właśnie dlatego podczas zakończonego w zeszłym roku remontu w szpitalu w Legnicy powstał nowy stały punkt dla ochroniarzy. Dzięki temu SOR jest otwarty całą dobę. Zmniejsza to ryzyko wystąpienia zdarzenia, które miało miejsce kilka miesięcy temu w szpitalu w pobliskim Wołowie. Tam pielęgniarki bały się otworzyć krzyczącemu mężczyźnie i zadzwoniły po patrol policji. Zanim ten nadjechał, mężczyzna zmarł na chodniku. Według żony zmarłego pojechał on po pomoc, bo czuł, że ma zawał. Gdy zastał zamknięte drzwi szpitala, prawdopodobnie puściły mu nerwy i zaczął krzyczeć. Wystraszone pielęgniarki nie udzieliły mu pomocy na czas.

    Zadbana kamienica

    O agresji słownej i fizycznej wiele mogą powiedzieć ci, którzy nie mają przy sobie ochroniarzy. Takie niebezpieczeństwo to chleb powszechny członków zespołów ratownictwa medycznego. Pracują w sytuacjach nagłych i niekiedy ekstremalnie nerwowych. – Nigdy nie wiemy, co zastaniemy na miejscu wezwania. Przykładowo – wchodzimy do zadbanej kamienicy, do ładnego mieszkania, a tam trafiamy na nerwowego czy wręcz agresywnego pacjenta albo członka jego rodziny. Zespoły są dwuosobowe, często mieszane kobieta–mężczyzna. W pierwszej chwili możemy polegać tylko na sobie. Można wezwać policję, ale nierzadko gra toczy się o życie pacjenta i nie ma na to czasu – mówi Artur Mądracki, ratownik medyczny w Bolesławcu i Jeleniej Górze. O ile ryzyko istnieje z każdym wyjazdem, o tyle faktyczne przypadki wielkiego zagrożenia życia medyków są sporadyczne. Ale są. W Legnicy kilka miesięcy temu mąż poranił dotkliwie żonę, a później próbował nożem zaatakować medyków. Ci musieli prowadzić akcję ratowniczą w karetce, gdy oszalały mężczyzna biegał dookoła samochodu, próbując z nożem dostać się do środka. Ratownicy muszą umieć działać nawet w takiej sytuacji. – Musimy pamiętać, że naszym celem nie jest ocenianie zachowania, lecz ratowanie życia. Musimy umieć przyjąć wiele obelg czy nawet gróźb, ale nie możemy odpowiedzieć tym samym. Musimy tak działać, żeby nie tworzyć sytuacji zagrażających życiu bądź zdrowiu nawet agresywnych osób – mówi lekarz Edyta Jarema. Kobieta przyznaje też, że w tej pracy trzeba liczyć się również z takimi pacjentami. – Lekarze wykonują piękny zawód ratujący życie. Ale obracamy się w sferze zdrowia, a to jest wartość, na której ludziom zależy najbardziej. Dla zdrowia są w stanie zrobić wiele. A gdy połączymy to ze strachem o życie najbliższych, emocje same zaczynają rządzić – kończy lekarka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół