• facebook
  • rss
  • Boże narzędzia

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 47/2014

    dodane 20.11.2014 00:00

    15 lat Kraków Gospel Choir. Najważniejszy jest dla nich Bóg. Gdy śpiewają na Jego chwałę, zarażają wiarą i radością!

    Gospel to dla mnie forma modlitwy, w najpełniejszym jej wymiarze. Pochodzę ze Śląska. Gdy po raz pierwszy usłyszałam tę muzykę w katowickim duszpasterstwie akademickim, pomyślałam, że jest stworzona właśnie dla mnie. Bo czasem duchowo czuję się Afrykanką – czarnoskórą i kolorową zarazem i mam wrażenie, że Bóg włożył gospel w moje serce, a ja mogę śpiewać Mu cześć – mówi Sylwia Szulik, od trzech lat jedna z trojga dyrygentów najstarszego w Krakowie i całej Polsce chóru gospel. Kiedy Bóg splótł ścieżki jej życia z Grzegorzem Szulikiem (związanym już wtedy od kilku lat z Kraków Gospel Choir), w 2008 roku, wraz z przyszłym mężem, stworzyła w Rybniku chór RiOGospel. Po ślubie w 2011 r. zdecydowali, że przeprowadzą się do Krakowa. – Postanowiliśmy też, że pomożemy KGC, który po 12 latach działalności znalazł się na rozdrożu, bo stracił wszystkich dyrygentów – dodaje Grzegorz.

    Jak biblijna Ruth

    Kraków Gospel Choir powstał w 1999 r., niejako przez przypadek, bo nikt nie spodziewał się, że z grupy kilkudziesięciu osób biorących udział w pierwszych w Polsce warsztatach gospel powstanie zespół, który przetrwa niejedną burzę. Ten przypadek został jednak starannie zaplanowany przez niebo. Najpierw, w 1992 r., w Krakowie zjawiła się Lea Kjeldsen, czyli tryskająca energią i pomysłami Dunka, muzyk z wykształcenia. – Po wszystkich przemianach politycznych różne organizacje chciały pomóc Europie Środkowej. Należałam wtedy do duńskiej chrześcijańskiej organizacji studenckiej, która – stawiając na pracę z młodzieżą – organizowała spotkania modlitewne, biblijne, wakacyjne obozy – opowiada Lea. Przez kilka lat prowadziła takie obozy w Czechach. W końcu dostała propozycję nie do odrzucenia. Miała przyjechać do Polski, ale już nie na wakacje, tylko na sześcioletni kontrakt w pełni finansowany przez Danię. – Zgodziłam się, choć nauka polskiego łatwa nie była – śmieje się Lea. – Postanowiłam jednak, że się nie poddam. Motywacja była duża: bardzo chciałam pracować z waszą młodzieżą i mówić im o Bogu. Bo to nasz najlepszy Ojciec. On widzi każdego człowieka, i nikt nie jest Mu obojętny – dodaje. Pracowała z wielkim zapałem jeżdżąc po całej Polsce i prowadząc w różnych miastach warsztaty i spotkania w szkołach, ewangelizując i ucząc języka angielskiego. W wakacje organizowała też na Mazurach pionierskie (jak na polskie realia) obozy chrześcijańskie. – Kontrakt kończył się 31 lipca 1998 r., ale ja już w maju czułam, jak biblijna Ruth, że moim ludem jest teraz Polska, że jestem częścią polskiej rodziny, którą pokochałam. Wiedziałam, że do Danii nie wracam, choć od 1 sierpnia miałam być bezrobotna – mówi. W tej decyzji pomogło jej niezwykłe zdarzenie. Pewnego dnia, jak co rano, rozmawiała z Bogiem. – Nagle zobaczyłam mapę Polski i palec, który wskazywał na Kraków. Zrozumiałam. To Bóg mówił, że mam już nie jeździć po całej Polsce, ale skupić się na pracy pod Wawelem – wspomina Lea. Nie wiedziała jeszcze jak i dlaczego. Dopiero za jakiś czas okazało się, że chodzi o muzykę gospel, która z Krakowa rozprzestrzeniła się na cały kraj. Ważną rolę odegrał w tym Darek Bigosz, harcerz, którego Lea poznała na jednym z mazurskich obozów. Najpierw był ich uczestnikiem, potem zaczął pomagać w organizacji turnusów.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół