• facebook
  • rss
  • Zabytki bez grosza

    Roman Tomczak

    |

    Gość Legnicki 13/2014

    dodane 27.03.2014 00:00

    Mimo obietnic w budżecie ministerstwa kultury nie ma pieniędzy na zabezpieczenie i renowację architektury łużyckiej – Nikt oprócz konserwatora zabytków nie miał odwagi ująć się za tymi starymi domami – mówi Elżbieta Lech-Gotthardt.

    Odwaga Wojciecha Kapałczyńskiego, kierownika delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Jeleniej Górze, nie wystarczyła, żeby zapewnić pieniądze na ratowanie unikatowych zabytków. Nie wystarczyła także wieloletnia praca Elżbiety Lech-Gotthardt, wielkiej miłośniczki architektury łużyckiej, właścicielki Zagrody Kołodzieja, legendarnego przysłupa uratowanego z terenu kopalni odkrywkowej.

    – Jestem zaniepokojona losem naszej regionalnej architektury. Minister o niej zapomniał, a przy tegorocznym podziale funduszy marszałek województwa pozbawił głosu środowisko obrońców domów przysłupowych – alarmuje Elżbieta Lech-Gotthardt. Pieniądze przyznawano 12 marca w Urzędzie Marszałkowskim we Wrocławiu. Dwa dni wcześniej z komisji usunięto Wojciecha Kapałczyńskiego. Oficjalnie – z powodu braku zaufania. Nieoficjalnie, bo stanął w obronie przysłupów.

    – W Strategii Ochrony Zabytków województwa dolnośląskiego wyraźnie jest napisane, że domy przysłupowe są priorytetem. Są charakterystyczne tylko dla Dolnego Śląska i dla Łużyc. Tymczasem ministerstwo kultury na 10 wniosków z Krainy Domów Przysłupowych, wsparcia udzieliło tylko dwóm: karczmie sądowej z Uniemyśla i domkowi ryglowemu z Dębowego Gaju – zwraca uwagę E. Lech-Gotthardt. Prezeska Stowarzyszenia Dom Kołodzieja przypomina, że podczas spotkania Bogdana Zdrojewskiego z liderami kultury w Cieplicach, na pytanie o program ratowania przysłupów minister odpowiedział, że „oddzielnych programów tworzyć nie będziemy, proszę przygotować kolejne aplikacje”.

    – Niestety, jak widać zielone światło szybko zgasło. Tak jak ta Miedzianka w Bogatyni, co szybko do swojego koryta wróciła – komentuje Elzbieta Lech-Gotthardt. Chodzi o powódź w Bogatyni z 2010 roku. Samorząd chciał wtedy wyburzyć uszkodzone przez wodę domy przysłupowe, jednak służby konserwatorskie stanęły murem w ich obronie. Samorządy szukały więc nowych właścicieli dla tych obiektów, deklarując pomoc przy ich odbudowie i ratunku. – Gdyby się okazało, że z tej pomocy zostaną tylko deklaracje, to w przyszłości trudno będzie znaleźć chętnych na ratowanie kolejnych przysłupów – uważa właścicielka Zagrody Kołodzieja. – A jest co ratować, bo istnieje nadal ok. 600 domów przysłupowych w regionie od Kamiennej Góry po Łużyce. Większość nie jest wpisana do rejestru zabytków i nie jest chroniona prawem – mówi.

    Najwięcej domów przysłupowych zachowało się we wschodniej części przygranicznej. Opisano do tej pory ok. 400 takich domów, jednak ta lista ciągle się powiększa. Największe w Polsce zbiorowisko budynków przysłupowych – około 200 – znajduje się w Bogatyni. Tylko 85 z nich jest wpisanych do rejestru zabytków. Stan techniczny sporej liczby domów przysłupowych na Dolnym Śląsku jest zły. Wykonane w technologii drewniano-glinianej budynki są z natury mniej trwałe od murowanych. Wiele tego typu budowli wymaga natychmiastowych prac remontowych i konserwatorskich.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół