Awantura w sprawie krzyża zdjętego z sali obrad Rady Miasta Legnicy pokazuje, że ruszyła pokoleniowa apostazja polskiego społeczeństwa.
Nie czuję, żebym potrafił bez emocji ocenić wydarzenia w sali Rady Miasta Legnicy związane ze zdejmowaniem krzyża oraz domaganiem się jego powrotu. Bo wszystko, co tam się dokonało, miało te emocje obudzić.
Do małego worka z pozytywnymi emocjami zaliczę konstatację, że cieszy mnie to, iż są ludzie, którym znikanie krzyża z przestrzeni publicznej nie jest obojętne. Chciałbym jednocześnie wierzyć, że ta nieobojętność nie jest chłodną kalkulacją polityczną. Na ile znam protestujących, zarówno mieszkańców, jak i polityków, ufam, że oni naprawdę wierzą, iż krzyż powinien wisieć w sali obrad. Czy jednak sam krzyż wiszący na ścianie zmieni sposób myślenia rządzących obecnie miastem?
Boję się oskarżyć ich o idealizm, ale fakty z ostatnich lat świadczą nienajlepiej o relacji Rady Miasta z Kościołem. Fakt, całkiem niedawno prezydent Maciej Kupaj fotografował się z bp. Andrzejem Siemieniewskim przy okazji skarbu znalezionego na wieży katedry. Ale kiedy w poprzedniej kadencji pojawił się wniosek parafii katedralnej o nadanie miastu patronatu Świętych Piotra i Pawła (de facto święto miasta przypada we wspomnienie liturgiczne tych świętych apostołów), wniosek ten on i jego koledzy radni odrzucili. Powoływali się przy tym na rozdzielność i neutralność państwa wobec wiary i religii.
I tu muszę przyznać plus obecnemu prezydentowi, że jest konsekwentny. Jego decyzja o nieprzywracaniu krzyża w sali obrad Rady Miasta jest konsekwentna z np. głosowaniami ws. wspomnianego wyżej patronatu. Również teraz powołuje się on na rozdział państwa od Kościoła. Przynajmniej w sposób, jaki on to rozumie.
Pytanie, czy nadal będzie konsekwentny i zabroni dofinansowywania remontów kościołów (także prawosławnego, ewangelickiego i greckokatolickiego w mieście), wsparcia organizacji pozarządowych o charakterze chrześcijańskim, odwoła koncerty organowe współorganizowane przez miejskie instytucje w katedrze i kościele Mariackim, zmieni święto ulicy NMP (zapewne nie wolno już pisać o "Najświętszej Maryi Pannie") na jakieś inne (aż złośliwie mógłbym zapytać, czy wrócimy do nazwy ul. Rosenbergów?). Nie kojarzę, aby protestował ws. wprowadzenia wolnego w Wigilię czy dnia wolnego 1 listopada.
Skoro od lat w ławach radnych zasiadali przedstawiciele najprzeróżniejszych partii i frakcji politycznych, od skrajnie narodowych po skrajnie lewicowe, i nikt nie wnosił o usunięcie krzyża, to dlaczego nagle stało się to problemem?
Może jest tak, jak coraz częściej piszą o tym socjolodzy, którzy wieszczą nadejście fali "społecznej apostazji"? Do wieku dorosłego, a więc i wyborczego dochodzi pokolenie ludzi, którzy w swoich rodzinnych domach nie otrzymali nie tylko wiary, ale nawet tradycyjnego kontaktu z instytucją Kościoła. Oni nie do końca wiedzą "kto jest kim" w Kościele, chociaż wiedzą, że "Jezus kazał innych lubić". Nie wiedzą, co to jest parafia, kim jest proboszcz, gdzie pójść, kiedy umrze im najbliższy, i jak stać w kaplicy podczas pogrzebu.
Już teraz do instytucji publicznych trafiają ludzie, którzy nic nie wiedzą o Kościele. Nawet nie o kerygmacie, metanoi czy kontemplacji, Trójcy Świętej i spowiedzi, ale po prostu o Kościele. Oni będą niedługo głosować na populistów "walących" w chrześcijaństwo prostackimi hasłami, oni będą rozdzielać pieniądze publiczne, tworzyć prawo. A wszystko to w masie kilku milionów obywateli Polski, którzy wiedzę o wierze, Kościele i chrześcijaństwie czerpią z memów, TikToka i od lewicowych populistów.
I to właśnie ci ludzie stają się sprzymierzeńcami wyborczymi takich populistów, którzy w "imię neutralności" będą teraz rugować z przestrzeni publicznej, na którą mają wpływ, wszystko, co jest związane z chrześcijaństwem, wiarą i Kościołem. Od dawna mówiło się, że przyjdzie taki czas, iż coś pęknie w relacji społeczeństwo-wiara, społeczeństwo-Kościół.
Czy to już teraz?