Nowy numer 38/2022 Archiwum

Pewnie spacerują razem w niebie

Ta niezwykła historia sięga poza granice naszego kraju. Krzysztof Jasiński opowiada o swoim dziadku, przyjacielu św. Maksymiliana Marii Kolbego.

Dziadek bardzo aktywnie działał w Kościele. Należał do III Zakonu św. Franciszka – mówi o mjr. Antonim Błaszczyku jego wnuk Krzysztof Jasiński. – Spotkali się i zaprzyjaźnili. Potem współpracowali przez wiele lat. Maksymilian drukował „Rycerza Niepokalanej”, a dziadek rozprowadzał jego obrazki, broszurki z modlitwami. Trwało to do II wojny światowej. Jeden zginął w Auschwitz, drugiego po wojnie dopadli komuniści – dodaje lubiński malarz, który trzyma w dłoniach zdjęcie, niezwykły relikt przeszłości. Widzimy na nim goszczącego w domu dziadka św. Maksymiliana, który najprawdopodobniej błogosławi pokarmy na wielkanocny stół rodziny swojego przyjaciela. – Z opowiadań mamy i cioci wiem, że św. Maksymilian był częstym gościem w ich domu – dodaje pan Krzysztof i rozpoczyna opowieść o losach swojego dziadka.

– W 1920 roku jako osiemnastolatek wyruszył na ochotnika na wojnę z bolszewikami. Został zawodowym żołnierzem. Powrócił w okolice Warszawy, a potem został przeniesiony na wschód, w okolice Drohobycza, gdzie stacjonował – mówi pan Krzysztof.

Początek drugiej wojny światowej to „wyzwalanie” ziem wschodnich, czyli niespodziewany atak bolszewików na Polskę. Jego oddział zostaje rozbity, a pan Antoni trafia przed pluton egzekucyjny. W tym samym czasie w lasach na tym terenie trwały jeszcze walki Polaków z Rosjanami, w których brał udział przyrodni brat Antoniego, Stanisław. Rosyjski pluton niespodziewanie wstrzymał wykonanie wyroku. Pan Antoni wyczuł szansę, by uciec. – Dziadek wspominał, że przez dwie godziny uciekał na bosaka (Rosjanie zdążyli mu zabrać buty). Wpadł do swojego domu, postanowił spakować się i uciec nad ranem. NKWD było jednak szybsze, o trzeciej w nocy otoczyło dom i było już po wszystkim – kontynuuje opowieść pan Krzysztof.

Jego dziadek wraz z rodziną został załadowany do wagonów towarowych. Pociąg ruszył w kierunku wschodnim. – Jechali przez dwa dni i dwie noce. Po około 600 kilometrach teren zaczął robić się górzysty, a pociąg zaczął zwalniać. Dziadek wykorzystał okazję – kontynuuje pan Krzysztof. – Ruszyli piechotą w stronę Warszawy. Przeżyli. Kiedy złoto i pieniądze się skończyły, trzeba było znaleźć jakieś zajęcie. Dziadek był żołnierzem i był przeszkolony jako sanitariusz. Dostał pracę w niemieckim lazarecie, a niemiecki znał perfekt, bo rodzony był w Królewcu. Niemcy ściągali tam rannych spod Moskwy. Dziadek przepracował w tym miejscu ponad rok – opowiada wnuk.

Pan Krzysztof przerywa opowieść o losach dziadka, by niespodziewanie wpleść w nią swoją historię. Przenosimy się do Austrii, jest pięćdziesiąt lat później. – Moje dwie córki wychodziły za mąż, musiałem zarobić na wesela. Wyjechałem do Austrii i pracowałem u pewnej życzliwej rodziny. Bardzo sympatyczni ludzie. Po kilku tygodniach, przy niedzielnym obiedzie, teść mojego szefa (którego nazywałem dziadkiem) zapytał, co sądzę o minionej wojnie. Pytanie chciała przerwać jego córka. Bała się, że rozmowa potoczy się w niebezpiecznym kierunku – wspomina pan Krzysztof.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy