Posłaniec Warmiński 48/2022 Archiwum

Mama namalowana przez mamę

Obraz, który wraca i pokora, która popłaca, czyli o tym, jak różne są drogi Pana Boga.

Przełom lipca i sierpnia to w naszej diecezji czas Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Jak się okazuje, wędrują jednak nie tylko pątnicy, ale i sama Matka Boża. Pewnego dnia bowiem, do parafii pw. św. Urszuli w Gwizdanowie przybył obraz Matki Bożej Częstochowskiej. – Dzieło na początku pandemii ofiarowała nam pewna rodzina z Gawron. Chciałem, by otrzymało godną ramę – opowiada ks. Tomasz Hęś, który postanowił przekazać malowidło znajomemu malarzowi.

– Obraz był sfatygowany, zniszczony. Zwykła czarna, połamana rama. Ksiądz zapytał, czy przy okazji oprawiania moich obrazów, nie przekażę do ramiarza również tego obrazu – wspomina Krzysztof Jasiński, malarz z Lubina. – Obraz zaczekał u mnie. Kiedy przyszedł do mnie w odwiedziny mój brat, aż podskoczył: „Co robi tu ten obraz?!”. Wiedziałem, że skądś go znam, a on był namalowany przez moją mamę – opowiada pan Krzysztof. – Pochodzi z lat 70. W tym czasie bowiem, by kupić płótno, ramę, farby trzeba było się najeździć po Polsce. Został namalowany na pomarańczowym lnie. Na takim samym płótnie był namalowany portret mojego średniego brata – wspomina pan Krzysztof.

Jego matka samotnie zajmowała się trzema synami, a z wykształcenia była pedagogiem, nauczycielką oraz malarką. – Wychowywałem się między sztalugami. Ona była moim pierwszym profesorem i mistrzem. Była wymagająca – opowiada o mamie pan Krzysztof, który postanowił pójść w jej ślady. Malarstwo w czasach komuny jednak do łatwych nie należało. – Kiedyś otrzymałem zamówienie na słoneczniki. Nie było pieniędzy na samochód, więc wszędzie trzeba było chodzić pieszo lub jeździć autobusem. Legnica, Chojnów, wreszcie Złotoryja. Farby co prawda udało się kupić, ale pękły buty, niedawno zakupione na kartki – wspomina ze śmiechem pan Krzysztof, który niedługo później odebrał telefon od znajomego kapłana. – Przyjechał rektor, spodobały mu się moje obrazy i chciał mnie poznać. Usłyszałem wtedy: „Nie interesuje mnie to, czy panu się to podoba. Pan dostał talent, by cieszyć innych ludzi”. Pomyślałem: „Fajnie ci mówić, a ja nie wiem, skąd wezmę drugie buty” – śmieje się pan Krzysztof, który z szacunku przemilczał uwagę i postanowił pomóc. Pan Bóg to docenił. – Następnego dnia otrzymałem telefoniczne zamówienie na dziesięć obrazów. Przypadków nie ma – opowiada malarz przekonujący, że Pan Bóg ma swój czas i swojego drogi.

Jego rodzinę, z uwagi na przyjaźń z dziadkiem, odwiedzał sam… św. Maksymilian Maria Kolbe, o czym napiszemy w kolejnym numerze.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy