Nowy numer 40/2022 Archiwum

Lekarstwo? Słowa Jezusa

Elżbieta Antoniuk z Ukrainy znalazła schronienie przed rosyjską agresją w jaworskiej parafii pw. św. Marcina. Wyjaśnia, dlaczego wraca do ogarniętej wojną ojczyzny.

Jędrzej Rams: Rozmawiamy dzień przed Pani wyjazdem z Jawora. Wraca Pani z córką na Ukrainę. Są emocje? Nerwy?

Elżbieta (Lubov) Antoniuk: Nie denerwujemy się, ale już tęsknimy, a jeszcze nie wyjechałyśmy. Tęsknimy za tymi dobrymi ludźmi, którzy nas wspierali w Jaworze. Spotkałyśmy ich mnóstwo i nie wiemy, kiedy będziemy mogły ich znowu zobaczyć. Mówię o osobach zarówno z kościoła, tych które nam pomagały, ale i tych z mojej pracy. Wierzę, że Pan Bóg pozwoli nam tu jeszcze wrócić. Bo ci ludzie stali się dla mnie niejako rodziną.

Znałyście Polskę wcześniej?

Ja jestem w Polsce drugi raz w życiu. Pierwszy raz byłam ok. 30 lat temu na pielgrzymce. Oczywiście był to o wiele krótszy pobyt. Teraz przyjechałyśmy do Jawora 9 marca. Pochodzimy z Winnicy. To miasto mające około 300 tys. mieszkańców. Znajduje się pośrodku Ukrainy, pomiędzy Lwowem a Kijowem. I teraz wracamy też do Winnicy.

Skąd pomysł na ucieczkę do Jawora?

Do Polski zabrał nas mój syn. On tutaj pracował i przyjechał po nas, żeby razem z jego żoną i dzieckiem zabrać mnie i córkę do Polski. Sam wrócił do Ukrainy i walczy na froncie. Z ostatnich informacji wiem, że jest gdzieś w okolicach Mikołajowa. Nie mam szczegółowych informacji, ponieważ nie wolno im używać telefonów komórkowych, a dodatkowo sygnał jest specjalnie zagłuszany. Z synem rozmawiam mało, więc szczegółów nie znam, ale jak to mama − wiem swoje.

Czy mama boi się o syna?

Jak to matka… Początkowo czytałam wszelkie możliwe informacje o wojnie. Kiedy jednak wzięli mojego syna do wojska, przestałam czytać. Nie chciałam się denerwować. Teraz wszystko składam w rękach Boga. Jego wola. Ufam Bogu przez całe moje życie. On mnie podtrzymuje. Jesteśmy pod jego opieką. Ale myślę nie tylko o synu. Mam pięcioro dzieci. Jedna córka mieszka w Iwano-Frankiwsku, czyli na zachodzie Ukrainy, i mówi, że są co prawda alarmy przeciwlotnicze, ale zagrożenia bombardowaniem na razie nie ma. Druga córka żyje w Kijowie. Opowiadała mi, że przeżyła nalot i wybuchy bomb niedaleko niej. Poza tym mój brat Paweł jest księdzem. Pracuje w Juchyniwce niedaleko Winnicy. Niedługo, bo 15 sierpnia, w jego parafii zostanie ustanowione sanktuarium, bo wydarzyło się wiele cudów.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy