Nowy numer 37/2021 Archiwum

Zgodziłam się, by On zrobił, co zechce

Ania ma dziś 6 lat, a miała nie przeżyć kilku godzin po narodzinach. Jej rodzice opowiedzieli w Snowidzy, jak to wydarzenie przyprowadziło ich do Domowego Kościoła.

Podczas dnia wspólnoty Domowego Kościoła w Snowidzy (który opisywaliśmy w poprzednim numerze) do zebranych przyjechali Andrzej i Agnieszka Janczurowie z diecezji kaliskiej. Chcieli dać świadectwo o tym, jak Pan Bóg zaingerował w ich życie i dlaczego ma to związek z ich wstąpieniem do Domowego Kościoła.

Opowieść zaczęła pani Agnieszka. Gdy była w ciąży z Anią, na pierwszych badaniach prenatalnych okazało się, że dziecko ma poważną wadę serca, a na dodatek było duże prawdopodobieństwo, że będzie miało zespół Downa. – Było to dla nas trudne. Pani doktor kilkukrotnie namawiała nas do aborcji. Nie tylko stanowczo odmówiliśmy, ale także zmieniliśmy lekarza prowadzącego – wspomina pani Agnieszka.

Kolejne badania wykazały, że dziecko nie ma wykształconej lewej strony serca – tej, która odpowiada za tłoczenie natlenionej krwi do całego ciała. Jak wyjaśniała pani Agnieszka, dzieci z taką wadą umierają w pierwszych godzinach po narodzeniu. Jednocześnie okazało się, że prawa strona serca była 2,5 raza większa niż powinna, a jego przedsionki pracowały nieprawidłowo. Wraz z rozwojem dziecka zastawki powoli przestawały się domykać. W aorcie pojawiło się przewężenie, które blokowało obieg krwi. Na domiar złego pod koniec ciąży okazało się, że odwrócił się krwioobieg w ciele Ani.

– Modliliśmy się bardzo dużo, także Nowenną Pompejańską. Poprosiliśmy o modlitwę rodzinę, a także ks. Ryszarda Wołowskiego. On z kolei poprosił o nią Domowy Kościół w diecezji legnickiej. Wtedy też po raz pierwszy usłyszeliśmy o oazie rodzin. Z czasem okazało się, że w tej wspólnocie zaczęto się modlić za naszą córeczkę w całej Polsce, a nawet w Anglii i Hiszpanii. Powstała wielka wspólnota modlitwy o zdrowie i życie naszego dziecka – opowiada pani Agnieszka.

Niestety, kolejne badania pokazywały, że jest tylko gorzej i gorzej. Na kilka tygodni przed porodem lekarze stwierdzili, że prawdopodobnie nie uda się wykonać planowanej wcześniej operacji na sercu. – Wielu znajomych zachęcało nas, abyśmy wszystko zawierzyli Panu Bogu. Oczywiście modliliśmy się o zdrowie, ale to była taka „modlitwa warunkowa”. Pamiętam jedną z ostatnich wizyt u pani doktor. Spytałam, czy jest chociaż jeden procent szansy, że serce będzie prawidłowo działało. Ona popatrzyła na mnie i powiedziała krótko, że nie. Poszłam więc wtedy do kaplicy szpitalnej i ofiarowałam życie Ani Panu Bogu. Zgodziłam się, by zrobił, co zechce. Następnego dnia obudziłam się pełna nadziei i sił do działania. Znaleźliśmy wtedy kontakt do prof. Edwarda Malca. To wybitny kardiochirurg pracujący w Niemczech. Wysłaliśmy mu wyniki. Tego samego dnia oddzwonił i zadeklarował, że podejmie się operacji, ale musimy być u niego w poniedziałek. A był piątek. I podał koszt operacji – 300 tys. zł – opowiada pani Agnieszka.

Jak zebrać taką kwotę w dwa dni? Rodzina chciała sprzedać dom, myślano o kredycie, ale banki w weekend nie pracują. Obdzwoniono rodzinę i udało się zebrać pieniądze. Ruszyli do Niemiec. Badania potwierdziły diagnozę postawioną w Polsce. Na dodatek stan Ani pogorszył się tak bardzo, że nie była już w stanie przetaczać krwi mamy. Doszło do niedotlenienia mózgu. Oznaczało to, że będzie także niepełnosprawna intelektualnie – nie było tylko wiadomo, w jakim stopniu. Zdecydowano się na wywołanie porodu. Kiedy podano leki, serce Ani zaczęło zwalniać, więc szybko zapadła decyzja o cesarskim cięciu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama