Nowy numer 29/2021 Archiwum

Zawsze będę tu przyjeżdżać

Na początku czerwca przed katedralny wizerunek Matki Bożej z Nadwórnej, Strażniczki Naszej Nadziei, powrócili kresowiacy.

Urodzona w 1928 r. Emma Hartwich jest prawdopodobnie ostatnią mieszkanką Legnicy, która pamięta Nadwórną. – Mój tata był mechanikiem i naprawiał maszyny tartaczne. Koło tartaku mieściła się tartaczna kolonia. Kiedy nadchodziła zima, całe rodziny szły na sanki. Był z nami doberman, który ciągnął sanki do góry, a kiedy zjeżdżaliśmy, ten wariat leciał za nami – wspomina z uśmiechem pani Emma, która w Nadwórnej żyła do 1939 r. – Ojciec dużo wyjeżdżał, dlatego na wakacjach tuż przed wojną przeprowadziliśmy się do Kłaju koło Bochni. Dopiero po wojnie dyrekcja Lasów Państwowych wysłała ojca na zachód, by tu remontować i uruchamiać okoliczne tartaki. Tak zawitaliśmy do Legnicy – wspomina pani Emma, której historia różni się odrobinę od historii mieszkańców z Nadwórnej. Większość z nich przybyła bowiem do miasta nad Kaczawą wraz ze śp. ks. Tadeuszem Łączyńskim, ich proboszczem, który koleją przywiózł obraz Matki Bożej z Nadwórnej.

Dzieło trafiło pierwotnie do kościoła pw. św. Jana Chrzciciela w Legnicy. Wraz z przenosinami kapłana do ówczesnej świątyni pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła, czyli dzisiejszej katedry, trafił tam również wizerunek Matki Bożej. – To było malowidło na desce. Ks. Bochnak, następca proboszcza, zajął się renowacją obrazu oraz zbiórką złota wśród kresowian, które przetopione trafiło na sukienkę Matki Bożej – opowiada pani Emma.

Szacunek do Kresów i kult Matki Bożej z Nadwórnej nie zatrzymał się jednak tylko na obrazie w Legnicy. Do świątyni pw. Wniebowzięcia NMP w Nadwórnej w 1989 r. trafiła bowiem specjalnie namalowana kopia wizerunku. Ks. Władysław Bochnak zabiegał również o fundusze, dzięki którym udało się sfinansować m.in. remont dachu w tamtejszym kościele.

Czasy radzieckie odcisnęły mocne piętno na świątyni zamienionej w magazyn dla pobliskich kołchozów. – Na ołtarzu stały opakowania po alkoholu, a na ścianach wypisano okropne słowa – wspomina Lilia Berczak, Polka, która na Ukrainie spędziła większość swojego życia. Kiedy w 1991 r. nadwórniańska świątynia została zwrócona katolikom, kobieta brała czynny udział w przywracaniu dawnego blasku kościołowi, przez którego środek przechodziły… tory. – Troska o ten kościół była dla mnie jak pamięć o moich najbliższych – opowiada Polka.

Pani Lilia wspomina swoją babcię i jej prośbę. – Miała wtedy 88 lat i była ciężko chora. Gdy poprosiła mnie o odwiedzenie kościoła, zaprowadziłam ją tam pod rękę. Była bardzo szczęśliwa, jej życiowe marzenie spełniło się na kilka tygodni przed śmiercią – opowiada wnuczka. – To właśnie ona nauczyła mnie ojczystego języka. Rozmawiała i śpiewała po polsku. Ten język był największym szczęściem w jej niełatwym życiu – opowiada.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama