Nowy numer 2/2021 Archiwum

Wyprostował moje ścieżki

− Chore dziecko może być błogosławieństwem − mówi pani Marianna, która wraz z mężem opiekuje się dorosłym niepełnosprawnym synem.

Marianna Hryniszak swoim synem Michałem opiekuje się od wielu lat. Michał cierpi na mózgowe porażenie dziecięce i translokację chromosomalną, czyli uszkodzenie genu. Gdy się urodził, o jego życie walczyli z mężem przez trzy miesiące. Miał leżeć i się nie ruszać, dziś sam jest w stanie wykonać kilka kroków. Komunikacja z Michałem jest utrudniona, ale możliwa dzięki piktogramom − specjalnym znaczkom obrazkowym.

− Pamiętam, że kiedyś wyszłam z nim na spacer, mieliśmy wstąpić do kościoła, posłuchać organów. W trakcie trasy plan się zmienił. U takich dzieci jak Michał nie jest tak, że się przestawi na „kiedyś”. Jeśli coś zostało powiedziane, to właśnie tak ma być – wspomina pani Marianna. Od kilku lat mąż pomaga jej w sprawowaniu opieki nad dorosłym synem dużo bardziej, bo nie musi już wyjeżdżać w delegacje. – Te dzieci są bardzo emocjonalne. Mąż powiedział dzisiaj: „Idę zrobić Misiowi kolację”. Syn zareagował na to uśmiechem od ucha do ucha. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nie lubi jeść, to jest nasz problem. W związku z tym jednak, że to jego tato poszedł zrobić mu kolację, syn poczuł się szczęśliwy. To samo w drugą stronę: kiedy ktoś mówi podniesionym tonem, Michał daje znać, że mu się to nie podoba − mówi pani Marianna. – To niby małe sprawy, ale składają się na całe życie. Tyle lat jak się żyje, to się rozumie człowieka bez słów – mówi mama Michała.

Przed urodzeniem syna pani Marianna nie wiedziała jeszcze, że czeka ją życiowe wyzwanie. − Wiem, że każde dziecko pochodzi od Boga. To fundament – mówi. – Gdy Michał urodził się chory, zadawałam sobie pytanie: „dlaczego ja?”. Człowiek zawsze oczekuje, że dziecko urodzi się zdrowe, sprawne – mówi pani Marianna. Walka o Michała wiele jednak zmieniła w jej życiu; jak mówi, postawiła ją do pionu. Codziennie jeździli z mężem do wrocławskiej kliniki, w której leżał syn. Mama Michała wspomina pewną sytuację, która spotkała jej męża. − Lekarka zaproponowała mężowi: „Ktoś niedawno porzucił dziecko, to możecie swoje zostawić, a tamto wziąć”. Mąż odpowiedział zbulwersowany: „Proszę pani, co by to nie było, to jest moje dziecko, moja krew” – wspomina pani Marianna. Dziś nie ma jednak pretensji do lekarki. Nie żywi również złości w stosunku do młodych ludzi skłonnych do aborcji chorych dzieci. – Tej lekarce wydawało się, że może nam pomóc. Jeśli ktoś nie znajduje się w takiej sytuacji jak my, to po prostu nas nie rozumie – tłumaczy pani Marianna. Wyjaśnia też, że inaczej patrzy również na niektórych młodych ludzi opowiadających się za aborcją, dla których życie to przede wszystkim zabawa i  którzy nie rozumieją jeszcze, że to także odpowiedzialność i podejmowanie trudnych decyzji.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama