Nowy numer 47/2020 Archiwum

Analiza, nie rozpamiętywanie

Artur Mądracki, ratownik i strażak, opowiada o ratowaniu zdrowia i życia osób poszkodowanych i pokorze wobec śmierci.

Jędrzej Rams: Jak długo jeździsz w zespole ratunkowym pogotowia?

Artur Mądracki: Od 12 lat.

Pozwól, że zapytam o emocjonalną stronę Twojej pracy. Po tylu latach wiele już widziałeś. Jakie interwencje są dla Ciebie najtrudniejsze?

Myślę, że do trudniejszych należą wyjazdy do poszkodowanych dzieci i poszkodowanych kobiet ciężarnych. Takie doświadczenia bardzo obciążają z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że zdarzają się sporadycznie, a więc można mieć wiedzę, co należy zrobić w danym momencie, ale brakuje takiej zwykłej praktyki, motoryki działania. Po drugie – są inne dawki przeliczeniowe leków czy procedury, więc to kolejna nietypowość działania. Po trzecie – mając przed oczami dziecko – myśli się o tym, że ono ma przed sobą całe życie…

W tak specyficznej pracy masz zapewne kontakt nie tylko z nagłymi przypadkami, ale i śmiercią. Jak sobie z tym radzisz psychicznie?

Z rozmów z innymi ratownikami wiem, że analizuje się każdy wyjazd, każdy przypadek. Bez względu na to, czy udało się uratować poszkodowanego, czy nie. Robimy to po to, by wyciągać wnioski. Doświadczenie robi jednak swoje. Ja już wiem doskonale, że nawet gdy ratownik postępuje według wszystkich możliwych standardów medycznych, to i tak czasami nie udaje się uratować poszkodowanego. Tak po prostu bywa. Bywają różne sytuacje, niezależne od nas. Rozdrapywanie ich powodowałoby, że ratownik mniej sprawnie działałby przy innych zdarzeniach. Zamęczałby siebie wyrzutami sumienia. A tak się nie da żyć. Po drugie, smutną prawdą jest też to, że braki kadrowe w pogotowiu ratunkowym sprawiają, że zespół ratowniczy kończy jedno zlecenie dyspozytora i prawie natychmiast rusza do kolejnego. Czas na analizę działania jest dopiero po kilku, kilkunastu godzinach, a na dodatek po takim jednym dyżurze ma się więcej niż jedno zdarzenie do analizowania. To paradoksalnie nierzadko bardzo pomaga.

Są takie wypadki, które mimo chęci zapomnienia o nich zostają w pamięci na długo?

Są. Oczywiście. Mam w pamięci pierwsze wyjazdy ratownicze, jeszcze z czasu stażu. Pamiętam pierwszą resuscytację, która zakończyła się zgonem. Może nie szczegółowo, ale pamiętam. Pracuję też w straży pożarnej. Bardzo dobrze pamiętam tragiczny pożar sprzed dwóch lat w Piechowicach, w którym zginęły małe dzieci. Byłem jednym z tych, którzy weszli do płonącego budynku. Potem okazało się, że znaleziono ciała dzieci… Podobnie było, gdy w zeszłym roku poszukiwaliśmy chłopaka, który utonął… Byłem tam jako płetwonurek. Takie wydarzenia zostają w głowie na zawsze.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama