Nowy numer 48/2020 Archiwum

Rektor seminarium o pracy na oddziale z koronawirusem: Tu jest inny wymiar...

„Myślę, że kiedy będę teraz słuchał Ewangelii o podawaniu kubka wody, o miłosiernym Samarytaninie, o bogaczu i Łazarzu, o miłosiernym Ojcu… w ogóle jak będę słuchał Ewangelii - to będę już słyszał ją inaczej” – powiedział ksiądz dr Piotr Kot, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Legnicy, biblista, który od kilku tygodni wraz z klerykami posługuje na zamkniętym oddziale dla chorych zarażonych koronawirusem w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym Caritas w Jeleniej Górze.

O każdym z nich mogę powiedzieć tylko tyle, że chciałbym tak przeżywać swoje człowieczeństwo będąc w świecie, który jest interesowny, często drapieżny, w taki prosty, ludzki sposób – dodaje ks. Piotr

A oto pełen tekst wywiadu:

Paweł Kęska: Jak Ksiądz trafił na ten trzeci oddział? Pytam o decyzję, ja to się stało, że rektor seminarium duchownego przed końcem roku akademickiego wyjeżdża znienacka na kilka tygodni, aby spędzić ten czas na zamkniętym oddziale wraz z pensjonariuszami zarażonymi koronawirusem?

Ksiądz dr Piotr Kot: W Wielką Sobotę rano zadzwoniła siostra Alicja, która pracuje tutaj w ośrodku Caritas i poprosiła nasze seminarium o pomoc. My wtedy intensywnie przeżywaliśmy z klerykami Triduum Paschalne. Miałem codziennie katechezy wprowadzające w tajemnice tych dni. W czwartek mówiłem o „mandatum”, czyli o umyciu uczniom nóg przez Jezusa. Bardzo mnie to dotykało, że w tym roku nie ma umycia nóg - ale powiedziałem mojej wspólnocie, że z „mandatum” nigdy nie jesteśmy zwolnieni. Nie jesteśmy zwolnieni z tego, co Jezus zrobił w Wieczerniku, a On złożył szaty i umył uczniom nogi, czyli powiedział im, że jest gotowy wydać za nich życie. My jesteśmy uczniami tego znaku… W Wielki Piątek patrzyłem na Krzyż i prosiłem Pana, żebym nie przeżywał Krzyża teoretycznie, że jestem gotowy przejść z Nim chociaż kawałek drogi, a On przecież zna moją słabość, grzeszność. W sobotę rano przygotowywałem katechezę na Wielką Sobotę, a to jest czas oczekiwania na to co wyrasta z krzyża… i wtedy właśnie zadzwoniła siostra Alicja. Wiedziałem, że to jest to wezwanie do „mandatum”, do osobistego przejścia odcinka drogi z Chrystusem cierpiącym, wydającym siebie… Ale mówiłem tak: Panie, przecież Ty mnie znasz; Ty powiedziałeś, że miłość zakrywa wiele grzechów, więc to, co się dzieje jest dla mnie szansą – chyba ostatnią (śmiech). Nie miałem żadnych wątpliwości. Rok akademicki mamy już rozpisany więc moja obecność w seminarium nie jest tak potrzebna. Biskup się zgodził. Zaprosiłem więc kleryków na spotkanie i powiedziałem im, że jadę i że jeżeli ktoś chce ze mną jechać to niech do mnie przyjdzie za kilkanaście minut. Zgłosiło się dziewięciu a mogłem wziąć tylko pięciu.

Rektor seminarium o pracy na oddziale z koronawirusem: Tu jest inny wymiar...   Msza - bez środków ochrony ks. Piotr Kot

Kto z Księdzem pojechał i co oni teraz robią? Bo nie jesteście chyba w jednym zespole…

Pojechał ze mną Mateusz z pierwszego roku, cały drugi rocznik czyli Dawid i Kacper, jest Piotr z 4 roku i Maciek z 5 roku. Ja jestem na trzecim oddziale, oni są na pierwszym i drugim oddziale a Dawid jest w kuchni bo jest świetnym kucharzem po szkole. Czujemy te smaki bardzo dobrze (śmiech). Podziwiam wszystkich kleryków i cieszę się, że są tutaj. Dostałem informację pocztą pantoflową, że personel bardzo się ucieszył z ich pomocy, i że klerycy pokazali, że wiara jest dla nich doświadczeniem żywym, że relacja z Jezusem nie jest teoretyczna tylko osobowa. Seminarium się za nas modli i studiuje bo chcemy normalnie zamknąć rok akademicki. Kiedy wyjdziemy stąd, będziemy razem dalej szli drogą Jezusa, już pewnie z jakimś innym doświadczeniem.

Jak teraz wygląda Księdza dzień?

Tu dzień zaczyna się dosyć wcześnie. Mamy kaplicę wieczystej adoracji i od 5:00 w kaplicy są osoby które się modlą… za naszych pacjentów, za lekarzy, za pielęgniarki, pewnie za cały świat. Nasz dzień rozpoczynamy o 7:00. Śniadanie, podział obowiązków, toaleta poranna naszych podopiecznych. Myślałem sobie, jak oni mnie, księdza, przyjmą w tych prozaicznych, intymnych czynnościach? Ale już chyba żeśmy przełamali wszystkie obawy bo niektórzy nawet mnie wołają - niech ksiądz przyjdzie dzisiaj do mnie. Potem jest śniadanie, niektórych trzeba karmić, bo nie są samodzielni.

Staram się z nimi codziennie modlić. Niektórzy nie mogą nawet ruszać ręką, więc stoję przy łóżku i razem odmawiamy pacierz i oddajemy cały dzień Panu Bogu. Później mamy chwilę na to, żeby posprzątać, przygotować się do obiadu. W międzyczasie podajemy płyny.

Pielęgniarki robią opatrunki. Kąpiemy ich jeśli danego dnia to jest przewidziane - a to nie jest takie proste. Później obiad, który trochę trwa, bo niektórych trzeba karmić nawet 40 minut albo dłużej. Potem porządki. O 15:00, w godzinie Miłosierdzia jest na korytarzu Msza Święta. Po niej idę z Komunią Świętą na cały oddział. Jeżeli trzeba to udzielam sakramentu namaszczenia chorych i wtedy proszę wszystkich, którzy są obok mnie, o modlitwę.

Potem już jest czas kolacji. Pytamy się co się wydarzyło tego dnia, rozmawiamy. Toaleta wieczorna, sprzątanie oddziału, przygotowanie na noc. Wtedy staramy się odciążyć pielęgniarki z takich spraw jak mycie naczyń, wyparzanie, wszystko co jest do zrobienia, bo jesteśmy całkowicie odizolowani i wszystkim musimy zająć się sami. Kończymy około 20:30, czasem później, nawet po 22:00.

Nie ukrywam, że to nie pierwsza nasza próba rozmowy, przez kilka ostatnich dni Ksiądz pisał wieczorami o ogromnym zmęczeniu… Poza ilością zajęć, praca w tych plastikowych kombinezonach musi być zwyczajnie wyczerpująca.

Niektórzy nie widzieli mojej twarzy do dzisiaj. Nawet Komunię Świętą roznoszę im w maseczce więc widzą tylko moje oczy i koloratkę. Działanie w tej całej ochronie nie jest jednak takie trudne. Mówię to bardzo szczerze… Martwię się o tych ludzi, chciałbym żeby się spotkali z tymi, których kochają, za którymi tęsknią, żeby te osoby słabsze pokonały chorobę. Myślę, że gdybyśmy wszyscy byli lekarzami to można byłoby więcej im dać. Bardzo proszę Pana Boga, żebyśmy mogli z nimi po tym wszystkim wyjechać do parku i popatrzeć na przyrodę która się budzi, żebyśmy jeszcze popatrzyli razem na góry, które mamy za oknem już nie przez szybę… To jest dla mnie trudne, a te wszystkie zewnętrzne uwarunkowania w ogóle nas nie obciążają i nie mamy z tym żadnego problemu.

Czego doświadczają osoby dotknięte koronawirusem i jaka jest względem nich wasza troska?

Większość podopiecznych tego oddziału jest dotknięta wirusem i my po prostu jesteśmy tu dla nich. Nie mamy tutaj ostrych przypadków. Są problemy z trawieniem, z oddychaniem, z temperaturą… Niektóre osoby tracą smak, węch. Wykonujemy te wszystkie codzienne obowiązki pielęgniarskie, duszpasterskie, przy zachowaniu wszystkich zasad bezpieczeństwa. Jednak staramy się przede wszystkim być bardzo blisko z naszymi podopiecznymi. Nie czujemy, że jesteśmy przy osobach zawirusowanych. Patrzymy na każdą z nich jak na część naszego życia i członka naszej rodziny. Ja mówię w imieniu wszystkich bo tworzymy jedność.

Proszę, niech Ksiądz opowie o tej „rodzinie”.

Po tych dniach znamy się po imieniu ze wszystkimi. To jest oddział dla osób z problemami ruchowymi, które często są unieruchomione, leżące. Wiele jest osób starszych, samotnych. Jest w nich bardzo mocna potrzeba bliskości z drugim człowiekiem, potrzeba doświadczania zwykłych, ludzkich gestów miłości, dobroci. Jednym zdaniem mogę powiedzieć, że to jest piękna parafia, piękny kościół (śmiech). To są też osoby trzeźwo myślące, ciekawe świata, radosne, powiedziałbym - bardzo obecne we współczesności chociaż już na zupełnie innej płaszczyźnie. To, czego nie ma w tym domu - to egoizmu. To też ludzie bardzo głęboko wierzący, a ta wiara, ich zjednoczenie z Chrystusem ukrzyżowanym, cierpiącym, jest tutaj bardzo dotykalne… To wszystko w tych ludziach widzę.

Ksiądz tak mówi o podopiecznych, że chciałoby się przejść korytarzem oddziału trzeciego i osobiście ich poznać…

Jest na przykład pani Ewa, która porusza się na wózku, osoba bardzo pogodna, dobra dusza, pyta się o zdrowie każdego. Jest pan Leszek, który walczy z różnymi dolegliwościami ale widzimy jak mężnie to znosi. Zobaczyłem u niego ogromną miłość do rodziców, ciągle mówi, że są dla niego siłą, a ojciec już nieżyjący dał mu piękną lekcję Krzyża. Jest pan Antoni, wojskowy, ze swoją codzienną dyscypliną. Kiedy układamy rano łóżko, to śmiejemy się i pytamy czy jest tak jak się przyzwyczaił w życiu, a on mówi, że jest lepiej niż było. Jest człowiekiem sumienia, opowiada jak przeciwstawiał się reżimowi i pozwalał żołnierzom, żeby praktykowali wiarę. Jest pan Stanisław, który słucha w jednym czasie Radia Maryja i ogląda Telewizję Trwam, a program jest z opóźnieniem więc dwa razy słucha kazania i modlitwy różańcowej. Ma książeczkę która ma już chyba 100 lat i jest tak wymodlona… Pan Stanisław troszczy się o pana Tadka, który leży obok, czy nie trzeba mu poduszki podłożyć… Wczoraj rozmawiałem z panią Basią, która wróciła do nas z badań ze szpitala. Zobaczyła przez okno park, do którego jest przyzwyczajona, mówi - tutaj jest mój dom, niech ksiądz przyrzeknie, że ja już stąd nie wyjadę…

Jak w tej sytuacji nawiązują się wasze relacje, odbiera Ksiądz z tych spotkań jakąś lekcję?

Ci ludzie robią wszystko, żeby nam pomóc, nawet w najprostszych sprawach. Kiedy ktoś jest leżący i trzeba zmienić opatrunek, bieliznę, oni się odwracają sami, próbując podtrzymać się ręką, podciągnąć się na jednej nodze a czasem są zupełnie niesprawni… Zawsze po tych spotkaniach widzimy uśmiech na ich twarzy i zawsze jest słowo dziękuję. Oni są zdani na pomoc innym więc odsłania się w nich gotowość przyjmowania miłości od drugiego. O każdym z nich mogę powiedzieć tylko tyle, że chciałbym tak przeżywać swoje człowieczeństwo będąc w świecie, który jest interesowny, często drapieżny, w taki prosty, ludzki sposób. Z wrażliwością na to co jest w człowieku najistotniejsze. I to bardzo głębokie przeświadczenie że wszystko co się ma jest darem i że wszystko zmierza ku Temu, który jest początkiem i końcem. Oni o tym mówią, oni tak to już widzą gdzieś w sobie, w głębi duszy. Więc taki to jest oddział, ten trzeci oddział.

Ksiądz jest biblistą, absolwentem rzymskiego Biblicum, wnika Ksiądz w znaczenie słów i znaczeń ewangelicznych… jaką lekcję znaczeń i sensów przeżywa ksiądz na oddziale trzecim w ośrodku Caritas?

My, księża, teologowie, siostry zakonne, nie jesteśmy teoretykami wiary. Ja ciągle pracuję z ludźmi i jestem z ludźmi. Natomiast tu jest rzeczywiście inny wymiar. Dla mnie to jest nauka Krzyża. Fascynuje mnie Edyta Stein, która od wielu lat wprowadza mnie w mądrość Krzyża. Tutaj jest inne doświadczenie Krzyża. Jeżeli Pan Bóg da mi łaskę, żebym mógł przeczytać jeszcze raz Biblię, na pewno wiele rzeczy będę widział inaczej. Będę mógł w nowy sposób spojrzeć na nauczanie Jezusa dotyczące wartości drugiego człowieka, zwłaszcza tego najmniejszego. Uświadomienie sobie potrzeb drugiego człowieka. Jak jest się w świecie, zabieganym, zdrowym, pełnosprawnym, to wiele rzeczy umyka i mi też umykało. Nie chciałbym o sobie mówić za wiele, ale budzi się we mnie jakaś nowa wrażliwość… wrażliwość na Słowo w kontekście tych najmniejszych, najbardziej potrzebujących.

Na zdjęciach, które otrzymałem od Księdza widać, że Msze Św. i adoracje Najświętszego Sakramentu odbywają się w bardzo skromnych warunkach, na korytarzu. Widać tam obraz Ecce Homo namalowany przez Brata Alberta - to wyraz tej wrażliwości?

Dostałem kiedyś ten obraz od Sióstr Albertynek kiedy głosiłem im rekolekcje. Ten obraz bardzo do mnie przemawia. Największe ubóstwo to ubóstwo odrzucenia, ubóstwo człowieka, do którego nikt nie zwraca się po imieniu. Ubóstwo potrzeb, na które nikt nie odpowiada, ubóstwo polegające na tym, że patrzy się na człowieka jakby nie mógł już nic wnieść do tego świata. I to jest kłamstwo, to jest nieprawda i tutaj tego się uczę. Myślę, że jak będę teraz słuchał Ewangelii o podawaniu kubka wody, o miłosiernym Samarytaninie, o bogaczu i Łazarzu, o miłosiernym Ojcu… w ogóle jak będę słuchał Ewangelii - to będę już słyszał ją inaczej. Bo to jest Ewangelia żywa i ona musi być prześwietlona konkretem życia. Bardzo cieszę się z tego, że Pan Bóg dał mi łaskę bycia z ubogimi. Jak wchodziłem tu to miałem w głowie słowa które powiedział Papież Franciszek, że nie wystarczy dać komuś kilku groszy, ale trzeba wziąć go za rękę, zapytać jak ma na imię, wejść w jego świat. To jest prawdziwa służba ubogim, bo ubogi to nie jest ten, kto nie ma środków materialnych, ale najbardziej ubogi to jest ten, który jest zagubiony, odrzucony.

Jak długo Ksiądz będzie posługiwał w ośrodku Caritas?

Tyle, ile będę mógł. Może wrócę do seminarium na święcenia kapłańskie i diakonatu, a później – jeśli będzie taka potrzeba – porozglądam się, gdzie otworzy się dla mnie możliwość przeżycia Ewangelii. Teraz widzimy na naszym oddziale, że wirus zaczyna trochę słabnąć. Dzisiaj już wszyscy zjedli śniadanie normalnie, złapaliśmy też kontakt z każdym naszym podopiecznym. Nie chciałbym, żeby ci ludzie zostali bez sakramentów, bez Eucharystii bez Komunii Świętej. Dwie osoby tutaj namaściłem tuż przed odejściem do Pana.

Czy chciałby Ksiądz coś jeszcze dodać na koniec?

Chciałbym powiedzieć, że ja się tutaj czuję częścią zespołu. Mówię w imieniu wszystkich. Jest tu siostra Basia z Torunia, franciszkanka Rodziny Maryi z Sanktuarium Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II. Jest siostra Elżbieta, klaryska z Legnicy, siostra Beata, magdalenka z Jeleniej Góry, siostra Sylwia, franciszkanka Rodziny Maryi z Krakowa, wykwalifikowana pielęgniarka. Jest pan Sławek, pielęgniarz, pan Łukasz, ratownik medyczny i jest Sylwia, zawsze pełna energii, która jest po prostu wszystkim. Tworzymy jedność.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama