Nowy numer 47/2020 Archiwum

Prawdziwa nauka życia

Przyszli absolwenci mówią, że z tej szkoły wynieśli coś o wiele wartościowszego niż tylko znajomość algebry, koniugacji czy izotopów.

W sobotę 25 stycznia o 19.00 zabrzmiały pierwsze takty poloneza. W taniec ruszyli uczniowie klas trzecich Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego im. św. Franciszka z Asyżu w Legnicy. 100 dni później zasiądą w szkolnych ławach, by zdawać egzaminy maturalne. Studniówka to okazja, by zapytać maturzystów o trzy minione lata nauki. Wybór katolickiej szkoły nie jest jeszcze w Polsce czymś całkowicie zwyczajnym. Wiedzą o tym obecni absolwenci, którzy kończąc gimnazjum, zastanawiali się, gdzie złożyć dokumenty.

Wybrali szkołę ojców franciszkanów z różnych powodów. Wojtek Psonak pochodzi z Wierzchosławic (wsi za Bolkowem), miejscowości oddalonej od Legnicy o 50 km. Wybrał opcję zamieszkania w internacie, który prowadzą ojcowie. – Do przyjścia tutaj namówiła mnie moja przyjaciółka. Jest starsza ode mnie i uczyła się w tej szkole. Dużo mi opowiadała o warunkach, poziomie, atmosferze. Głównym argumentem, który mnie przekonał, była wysoka zdawalność matur. Bo po to wybiera się szkołę średnią, by dobrze zdać maturę. Nie bez znaczenia były wartości, ale jednak matura to podstawa. Dzisiaj nie żałuję tej decyzji – mówi Wojtek. Podobnie rzecz ma się z Aleksandrą Błońską, która całe swoje dotychczasowe wykształcenie zawdzięcza szkołom katolickim: podstawowej im. Świętej Rodziny, a później gimnazjum i liceum im. św. Franciszka. – Nie, nie idę po maturze na Katolicki Uniwersytet Lubelski – śmieje się Ola. – Oczywiście szkołę podstawową wybrali rodzice, ale później sama chciałam chodzić do szkół katolickich. Dzisiaj widzę mnóstwo plusów. Są małe klasy, nauczyciele mają dla nas czas. Jest też genialna atmosfera. Polecam pomimo powszechnej opinii, że w katoliku tylko się modlimy. To bzdury – mówi Ola. Ich szkolny kolega Filip Szczepaniak jest z Legnicy. – Wcześniej chodziłem do katolickiego gimnazjum prowadzonego przez ojców franciszkanów. Zostałem u franciszkanów, ponieważ zaraziłem się miłością do języka francuskiego i mając perspektywę lekcji z panią Barbarą Jujeczko, postanowiłem kontynuować naukę w ramach katolickiego liceum. Okazało się potem, że pani Barbara została też moją wychowawczynią. Więc przez sześć lat uczę się u niej francuskiego. Można nawet powiedzieć, że są to zajęcia indywidualne, ponieważ na fakultety chodzimy w dwie osoby – śmieje się Filip Szczepaniak. Wspomnianą wychowawczynię i jej niezwykły pomysł na lekcje wychowawcze opisywaliśmy w „Gościu Legnickim”. Towarzyszyliśmy uczniom m.in. w ich odwiedzinach w Domu Pomocy Społecznej w Legnickim Polu, a także na oddziale paliatywnym legnickiego szpitala. Uczniowie najpierw zbierali środki na funkcjonowanie oddziału. Później odwiedzali tych, na rzecz których kwestowali. Usłyszeli tam m.in. o celu istnienia oddziału, godnym odchodzeniu, bólu, ale też o radościach, takich jak śluby, I Komunie św. czy pojednania z bliskimi. – Wybierałam szkołę ze względu na możliwość nauki języków, ale wspominając liceum, na pewno będę wracała do naszych lekcji wychowawczych. Nie były łatwe. Otworzyły mi oczy na życie. Miałam wcześniej przekonanie, że życie będzie łatwe, może wręcz usłane różami. Po takich wizytach moje widzenie świata zmieniło się o 180 stopni. Popłakałam się podczas wizyty w hospicjum. Jakiś czas później umierał mój dziadek. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że ludzie naprawdę umierają. Jego stan był podobny do stanu osób, które spotkałam w hospicjum. Umieranie mojego dziadka było trudne, bo byłam z nim bardzo zżyta. Rodzina nie chciała nawet, żebym mu towarzyszyła. Ja jednak chciałam i nie żałuję, że spędziłam z nim ostatnie chwile. To było trudne doświadczenie, ale wcześniejsza wizyta w hospicjum bardzo mi pomogła. Dlatego chociażby dla takich lekcji warto przyjść do tej szkoły – mówi Basia Warchoł.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama