GN 43/2020 Archiwum

Echo tamtych świąt

O tym, co łączyło, a co dzieliło powojennych osadników zasiadających przy wielkanocnym stole, i co z tego wynikło, z Barbarą Glinkowską, archeologiem, miłośniczką etnografii i historii, pracownicą Muzeum Ceramiki w Bolesławcu, rozmawia Roman Tomczak.

Roman Tomczak: Czy możemy mówić o jakiejś archaicznej wręcz historii świętowania Wielkiej Nocy na naszym terenie? Czy mamy na to jakieś przekazy, wykopaliska, artefakty?

Barbara Glinkowska: Myślę, że najciekawszym artefaktem kojarzącym się z Wielkanocą są średniowieczne pisanki kamienne i gliniane (X–XIII w.) odkrywane w Wielkopolsce, na Pomorzu oraz na Śląsku. Jajko pełniło funkcję apotropaiczną i było wiązane z pierwotną wiarą w odradzanie się życia. A więc pierwotnie nie było związane z chrześcijaństwem. Niestety, w okolicach Bolesławca tak stare pisanki nie zostały odnalezione.

A kiedy kończy się archeologia, a zaczyna etnografia?

Etnografia opiera swoją wiedzę na przekazach ustnych i pisanych. Archeologia na tym, co zostanie odkryte na ziemi lub pod wodą. Etnografia jest niezwykle pomocna archeologom, choćby we właściwym zinterpretowaniu funkcji odnalezionych przedmiotów. Stąd wiemy na przykład, że na przełomie XI i XII wieku zaczęto na Dolnym Śląsku świętować Niedzielę Palmową, zniesiono także zakaz spożywania jajek. To okres oswojenia dotychczasowych zwyczajów i wprowadzenia ich w sferę sakralną. Tak, żeby na początku nie zmuszać ludzi do zupełnego zatracenia i zrezygnowania z pogańskich zwyczajów, nadając im coraz bardziej liturgiczny charakter. W ten sposób pozostało nam echo pogańskiego jajka jako symbolu Wielkiej Nocy.

Wiele za to wiemy na temat powojennego osadnictwa oraz o zwyczajach, jakie pionierzy przynieśli z Polski centralnej, Poznańskiego czy byłej Jugosławii. Co po nich zostało? Czy nadal ostro kontrastują z pozostałymi, czy też „stępiły” swój regionalny akcent na skutek wymieszania z innymi?

W odniesieniu do Bolesławca i okolic kapitalnym źródłem informacji są nieopracowane jeszcze notatki, zdjęcia i rysunki Leona Piątkowskiego, który z wnikliwością etnografa opisywał życie w okolicach miasta w latach 50–70 ub. wieku. Od jakiegoś czasu Urząd Miasta w Bolesławcu organizuje konkurs na najlepszą pracę magisterską i doktorską na temat dziejów regionu. Od kiedy jednak pracuję w Muzeum Ceramiki, czyli od 8 lat, nie przypominam sobie, aby któraś z nadesłanych prac dotyczyła etnografii czy etnologii. Zazwyczaj są to albo rozważania architektoniczne, albo historyczne, ale bez kontekstu socjologicznego. A przecież zderzenie różnych kultur na tym terenie miało poważne skutki dla wszystkich grup, które po wojnie zasiedlały tę część Polski. Niedawno rozmawialiśmy w pracy o tym, co u kogo podaje się na wielkanocny stół. Najbardziej znamienna była odpowiedź jednego z kolegów, który przez lata pracował w Gminnym Ośrodku Kultury. Powiedział, że stoły wielkanocne różnych kultur niczym zasadniczym się od siebie nie różnią. Większość zwyczajów po prostu się zunifikowała. Powstał w ten sposób jakby własny, odrębny zwyczaj. Jednak trudno byłoby dziś odnaleźć we wsi zamieszkanej kiedyś przez przesiedleńców odrębny, mocno zakorzeniony i pielęgnowany zwyczaj czy kuchnię. Jest już bardzo mało takich domów, gdzie Wielkanoc wygląda tak jak przed wojną we Lwowie czy Poznaniu. Pozostało tylko odległe echo tamtych świąt.

Ale są jeszcze takie domy?

Są! Moja koleżanka, której przodkowie przyjechali tu z Jugosławii, mówi, że ich śniadanie wielkanocne ciągle ma swoje żelazne menu: jajko ze święconki, żur, półmisek własnej roboty wędlin i chrzan. Żadnych mazurków, babek i tych wszystkich wspólnych dla całej Polski rzeczy.

Czy tracimy coś z kultury lokalnej, nie pisząc prac naukowych o zanikających zwyczajach przyniesionych po wojnie na Dolny Śląsk? Czy podobne do siebie stoły wielkanocne znaczą, że coś umiera? A może przeciwnie –jesteśmy świadkami narodzin nowej, dolnośląskiej obyczajowości?

W pewnym sensie ujednolicenie to jest strata. Trzeba jednak patrzeć na to przez pryzmat zmian, które dotykają nie tylko nas. Tak się dzieje na całym świecie. Tylko że tutaj miało to swój odrębny powód. Powojenni osadnicy, pochodzący z różnych stron Polski i Europy, mieli odtąd żyć ze sobą po sąsiedzku. To wymagało pewnego uelastycznienia skostniałych do tej pory zwyczajów i tradycji, także wielkanocnych czy bożonarodzeniowych. Trzeba było z czegoś zrezygnować, w zamian przejmując coś od innych. Stawka była duża: symbioza, współżycie i wspólna przyszłość.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama