GN 42/2020 Archiwum

Jak wgryźć się w ten problem?

Ponad 200 ton jabłek trafi do instytucji oraz rodzin z Dolnego Śląska. W Tarnówku pod Polkowicami tylko w ciągu dwóch dni rozdano 45 ton darmowych owoców.

Do naszego województwa jabłka ściąga stowarzyszenie sportowe „Grom” z Gromadzynia, małej wsi w gminie Prochowice. Stamtąd za pośrednictwem wolontariuszy wędrują do poszczególnych punktów wydawania. Jak mówi Szczepan Bidziński z Tarnówka, jabłka były już rozdawane w Chojnowie, Lubinie, Złotoryi, Jaworze, Legnicy i Środzie Śląskiej. – Ja sam przywiozłem je do Tarnówka już dwa razy. Raz 25 ton, a teraz 20. Wszystkie owoce schodzą na pniu w ciągu kilku godzin. Nie dla wszystkich starcza – przyznaje przedsiębiorca, który bezpłatnie użycza w tym celu swojego taboru. Na Dolny Śląsk jabłka trafiły od sadowników z Grójca i okolic Sandomierza. W akcję rozdawania darmowych jabłek włączyły się samorządy oraz organizacje społeczne. Maria Kowalczyk, radna w gminie Polkowice, mówi, że każda kolejna akcja z jabłkami jest coraz lepiej zorganizowana.

– Owoce są przeznaczone w pierwszej kolejności dla najbardziej potrzebujących. Nie każdy może te jabłka dostać. Dlatego teraz wydajemy je instytucjom na podstawie wcześniejszych zamówień za pisemnym pokwitowaniem, a osoby fizyczne muszą się podpisać z imienia i nazwiska. Rodziny wskazywali sołtysi. Za pierwszym razem wyglądało to inaczej, ale uczymy się na błędach – mówi. Podczas pierwszej akcji rozdawania darmowych jabłek zabrakło owoców dla wszystkich chętnych, w tym dla najuboższych rodzin. Tym razem kolejka ustawiała się na długo przed oficjalnym otwarciem bramy. Na owoce czekały głównie osoby prywatne. Organizatorzy wyznaczyli normę – po jednej skrzynce jabłek (ok. 20 kg) na rodzinę. Odbiorcy instytucjonalni mieli wyznaczoną osobną porę odbioru zamówionych owoców – godzinę, dwie po indywidualnych. Jednak, jak przyznają organizatorzy, nie było żadnej weryfikacji przy rozdawaniu owoców. Nie wiadomo było, czy ci, którzy je ładują do prywatnych samochodów, to ludzie najbardziej potrzebujący. Organizatorzy akcji w Tarnówku zdają sobie sprawę z, jak to nazywają, niedociągnięć organizacyjnych. – Prosimy o wyrozumiałość mieszkańców, bo to duża akcja logistyczna. Od razu nie da się tego pociągnąć bez przeszkód. Trzeba też pamiętać, że nas obowiązują surowe przepisy co do rozdawnictwa tych jabłek – mówi S. Bidziński. Przepisy te ustala Agencja Rynku Rolnego. Nadzór i kontrolę jej prezes zlecił Oddziałom Terenowym (OT). Krzysztof Iwanków, dyrektor OT Agencji Rynku Rolnego we Wrocławiu, przyznaje, że system przyjęty na Dolnym Śląsku przez organizatorów akcji daleki jest od ideału. – To nie tak powinno wyglądać – uważa. – Te owoce są dla tych, których nie stać na ich kupno – podkreśla dyrektor. Przypomina, że jego pracownicy mają obowiązek kontrolowania systemu dystrybucji owoców przekazywanych nieodpłatnie. – Jeżeli podczas kontroli okaże się, że producent macza palce w nieprawidłowościach dystrybucyjnych, zostanie skreślony z listy prezesa ARR i nie otrzyma dotacji – zastrzega. Owoce i warzywa przekazywane nieodpłatnie instytucjom oraz osobom potrzebującym biorą się z tzw. nadwyżek produkcyjnych. Wynikają one z embarga na ich wywóz do Rosji obowiązującego od 2014 roku. – Dlatego Unia Europejska ustaliła mechanizm pomocy producentom owoców i warzyw w postaci dopłat za każdą tonę produktu rozdaną odpowiednim instytucjom. Obowiązuje także rekompensata za transport, którą pokrywa Agencja Rynku Rolnego – wyjaśnia Karolina Dziewulska-Siwek, rzecznik wrocławskiego oddziału ARR. W ten sposób od kilku lat do szpitali, domów dziecka i ośrodków pomocy społecznej, a nawet więzień trafia kilkaset ton świeżego towaru. – Do tej pory z pomocy takiej skorzystało ok. 6 tys. sadowników i producentów warzyw. Agencja wypłaciła im w sumie ponad 311 mln zł – informuje. W ub. roku do potrzebujących trafiło w ten sposób ponad 300 tys. ton produktów, najwięcej jabłek (212 tys. ton), ale także kapusty, marchwi, papryki, pomidorów, kalafiorów i ogórków. W tym roku mają to być podobne ilości. Mimo że producenci dostaną za nie dopłaty, dystrybucją produktów w końcowym etapie zajmują się wolontariusze. – Za naszą pracę organizacyjną, za dźwiganie skrzynek, za poświęcony czas i paliwo nie dostajemy ani grosza – zapewnia Jolanta Kustrowska z Klubu Kawaleryjskiego „Stadnina Trzebcz”. – Pomagamy dla idei, bo być może ktoś kiedyś nam pomoże. A poza tym dzięki tej akcji nie zmarnują się piękne, zdrowe polskie jabłka – tłumaczy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama