Nowy numer 44/2020 Archiwum

Lot nad strąconym gniazdem

Ludzie. – Nawet myślałem, żeby tam pojechać w tym roku... Ale wspomnienia, nawet po dziesięciu latach, ciągle są za świeże. Przez kilka pierwszych lat śniło mi się to po nocach...

Zbigniew Kociuba gołębiami interesował się od dziecka. Jak tylko sięga pamięcią, fascynowały go te ptaki. Jak większość gołębiarzy nie umie wyjaśnić, dlaczego. – Kocham je, i już – mówi krótko. Z tej miłości do ptaków, do ich lotów na odległość, na czas, z autentycznego zaangażowania w hobby popularne, choć ciągle niezwykłe, wyrósł szacunek gołębiarskiego środowiska do pana Zbyszka.

W praktyce przekładało się to na powierzanie mu coraz to nowych, odpowiedzialnych zadań w związku. Dziś jest szefem legnickiego okręgu Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych i zasiada w centralnych władzach PZHGP. Targi gołębi, te w Katowicach w 2006 roku, to były już nie wiadomo które w jego życiu. Okazja do spotkania przyjaciół, do zaprezentowania i oglądania pięknych ptaków, do przebywania w miłej atmosferze, do rozmów, żartów, snucia planów. Jak zwykle na targach... Wrócił stamtąd z uszczerbkiem na zdrowiu i wspomnieniami, które długo go nie opuszczały. I postanowieniem, że na kolejne targi musi pojechać. W hołdzie kolegom i ptakom.

Zbyszek, żyjesz?!

Łoskot. Jakby trzask pękających szyb. Dach gigantycznej hali zaczyna składać się jak karton. Metalowa konstrukcja razem z tonami lodu i wody zapada się do środka. Na dole poruszenie, każdy chce uciekać – ale dokąd? – Nie, nie było panicznych krzyków. Właśnie ta cisza utkwiła mi w pamięci – wspomina pan Zbigniew. W miejscu, gdzie miał swoje stoisko, dach hali spadł na metalowy regał. Zgniótł go w połowie. Właśnie ten regał uratował mu życie. Tylko ta lampa... – Nie wiedziałem, że spadła mi na rękę. Dziesiątki kawałków szkła powbijały mi się w przedramię. Kolega krzyczy: „Zbyszek, żyjesz?!”. „Żyję, ale nie mogę się ruszyć”. Jemu jakimś cudem nic nie było, choć leżał na podłodze w zwałowisku konstrukcji. Pomógł mi uwolnić się od lampy. Wszędzie było pełno wody, która na zamarzała na naszych ubraniach – wspomina zamyślony. Dopiero wtedy zauważyli, że wokół zaczął się ruch. Ludzie instynktownie, jak kto mógł, kierowali się do wyjścia. Tam już tłum telefonujących do rodzin, żon dzieci. – O 17.20 zadzwoniłem do żony, że hala się zawaliła i że zaraz o tym będzie głośno. Że nic mi nie jest i żeby się nie martwiła. Kolega wziął ode mnie telefon. Chciał zadzwonić do swoich. Już nie zdążył. Linie były poblokowane – opowiada. Biling swojej rozmowy z żoną pan Zbigniew do dziś ma w szufladzie.

Krew z ust

Kiedy powietrze wokół gruzowiska wypełniło się w końcu krzykami, nawoływaniami, jękami rannych i złorzeczeniem ocalałych, co stało się w kilka minut od katastrofy, na miejscu były już pierwsze zastępy straży pożarnej. – Nie wiem, jak oni to robią. Może dlatego, że to Śląsk, aglomeracja, kopalnie, strażacy byli na miejscu błyskawicznie – pamięta Zbigniew Kociuba. Pierwszych kilka wozów niemal natychmiast zaczęły otaczać kolejne. Potem karetki pogotowia. – Podjeżdżały i odjeżdżały jak taksówki – mówi. – Otwierały się drzwi, wysiadali lekarze czy ratownicy, brali rannych, nie pytając o nic, pakowali do środka i – odjazd! Taksówki zresztą też wywoziły ludzi. Bezpłatnie. Szacunek! Mnie też chcieli zabrać. Nie pozwoliłem. Tam byli ciężej ranni – wspomina. Do karetki podbiegł człowiek w czarnym płaszczu, pokazując lekarzom miejsce, skąd mają zabrać rannego. Przy pierwszym słowie z ust buchnęła mu krew. Nikt już nie patrzył, gdzie miał wycelowaną rękę. Wciągnęli go do karetki, odjechali na sygnale. Zbigniewowi Kociubie opatrzono rękę i nakazano zgłosić się do lekarza. Wtedy dopiero, wspomina pan Zbigniew, zaczęły do niego docierać wołania o pomoc tych, co zostali w gruzowisku. – Wrzaski, walenie w konstrukcje, złorzeczenia. Niedaleko mnie mężczyzna wydostał się na zewnątrz. Nerwowo dzwoni do rodziny. W środku zostali żona i syn. Dzwoni raz, dzwoni drugi, trzeci... Nikt nie odbiera. Z każdą kolejną próbą najgorsze przeczucia krzepną w bezradną rozpacz.

Nie pójdę!

Ludzie ocaleni z katastrofy sami pchali się z powrotem. Na wyścigi z ratownikami wciskali się w szpary i dziury. W przeciwieństwie do ratowników nie mieli na sobie żadnego sprzętu ochronnego. Wiedzieli za to lepiej, gdzie szukać. Dlatego ratownicy brali ich w opiekę, zamiast wyganiać z miejsca, gdzie ciągle wszystko jeszcze trzeszczy. – Hodowca ze Strzelec Opolskich uratował w ten sposób kolegę, bo był przy nim pierwszy, przed ratownikami – mówi Zbigniew Kociuba. Ale nie wszyscy ładowali się bez opamiętania pod poskręcane blachy. Byli tacy, którzy nie ruszyli się z miejsca. Patrzyli tylko w tamtą stronę z przerażeniem i lękiem, który odebrał im władzę w nogach. – Bali się. Bardzo się bali. Mówili wprost: „Nie pójdę”. I nie poszli. Choć tam, w zawalisku, być może były ich rodziny, na pewno ptaki – opowiada Zbigniew Kociuba. To był pierwszy sygnał, że poszkodowani w katastrofie, to nie tylko ci z połamanymi nogami, rozbitymi głowami, zwichniętymi kostkami i zdartą skórą.

Gołębie nad gruzowiskiem

O tych, którym katastrofa zwichnęła psychikę, mówiło się znacznie później, o niektórych wcale. Ale na targi nadal jeżdżą. Da się ich łatwo rozpoznać w tłumie hodowców. Gdy wchodzą na halę, to instynktownie patrzą w górę, na dach. – Pewnie nadal się boją takich miejsc. Może nie tego, że się zawali. Boją się wspomnień. Mimo to przyjeżdżają. Miłość do gołębi jest, wie pan, silniejsza niż trauma – zapewnia pan Zbigniew. W rok po katastrofie w hali targowej w Katowicach, w której zginęło 65 osób, Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych zorganizował kolejną wystawę, tym razem w Gdańsku. Pojawili się na niej wszyscy, którzy przed rokiem przeżyli. Ale o tamtym nie chcą mówić. – Czy to na ogólnopolskich targach, czy to przy piwie w rodzinnych miastach, zawsze znajdzie się ktoś, kto nakieruje rozmowę na ten temat. I ktoś, kto ją natychmiast zgasi – mówi. Pod zawalonym dachem katowickiej hali wystawowej zginęła także część ptaków. Część była tak poturbowana, że i tak nie przeżyły. Te, które ocalały, przez wiele dni krążyły później spanikowane nad gruzowiskiem. – Mojego gołębia odnaleźli po czterech dniach. Odesłali mi go z powrotem – mówi pan Zbigniew. Byli i tacy hodowcy, którzy swoje ptaki odzyskali dopiero po pół roku.

Rany stamtąd

Wiadomość o katastrofie w Katowicach szybko rozeszła się po kraju i długo nie pozwalała o sobie zapomnieć. Pamiętano także o ludziach, którzy ją przeżyli. Pan Zbigniew przypomina sobie dobrze sytuację, kiedy jako ofiara tamtej katastrofy zgłosił się do inspektoratu ZUS. – Przede mną z gabinetu orzecznika wyszła zdenerwowana kobieta. Pomyślałem, że ostry ten lekarz. Ale przyjął mnie niezwykle uprzejmie i grzecznie. Wiedział, że te rany to stamtąd. To samo w ośrodku zdrowia w Chojnowie. Wiem, że tak samo było z innymi kolegami z naszego i sąsiednich okręgów. Bardzo dużo pomogła nam Caritas. Na pomoc finansową dla poszkodowanych złożyli się m.in. hodowcy z Niemiec i Belgii. Oni wszyscy więcej nam pomogli niż państwo – mówi prezes Kociuba, który sam ma orzeczoną dwuprocentową utratę zdrowia za pokaleczoną rękę. Ale ta ręka to nic w porównaniu do straty, jaką poniósł hodowca z Jeleniogórskiego Okręgu PZHGP, który w katowickiej katastrofie stracił syna.

Był czas to naprawić...

Dziesięć lat od tamtych wydarzeń sprawa katastrofy ciągle nie jest zamknięta dla poszkodowanych w Katowicach. Wielu procesuje się o wypłatę odszkodowań. Wielu swoje sprawy przegrało, pozostając z uszczerbkiem na zdrowiu i pustymi kieszeniami. Do dziś temat odszkodowań za tamto wydarzenie jest żywy w środowisku hodowców gołębi w Polsce. W ostatnim numerze „Dobrego Lotu”, czasopisma hodowców gołębi pocztowych, znalazło się ogłoszenie jednej z kancelarii adwokackich. Nawołują hodowców poszkodowanych w katastrofie katowickiej do założenia pozwu zbiorowego. Ma on ustalić winnych za wszystkie szkody. Pan Zbigniew ma jednak wątpliwości, czy to wszystko ma jeszcze sens. – Wielu z nas, ci na wózkach, bez rąk i nóg, a zwłaszcza ci, którzy stracili bliskich, czują się oszukani przez ubezpieczycieli i państwo. Było tyle lat, żeby to naprawić, ale nic takiego się nie stało – mówi Kociuba, który jeden proces przed sądem w Złotoryi już przegrał. – Dlatego mam wątpliwości, czy kolejny coś zmieni. Lepiej zająć się tym, co kochamy – mówi, patrząc na gołębnik. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama