Nowy numer 28/2018 Archiwum

Jak Bóg da, za rok pójdę

O pątnikach umykających ubekom, klęczeniu w Krakowie i „złamanym” ślubie z Jerzym Adamskim rozmawia Jędrzej Rams.

Jędrzej Rams: Był Pan w tym roku na pieszej pielgrzymce z Legnicy na Jasną Górę, ale nie była to pierwsza taka wyprawa w Pańskim życiu...

Jerzy Adamski: Pierwszy raz byłem w 1966 r. Szło wtedy kilkadziesiąt osób. Byli to praktycznie sami młodzi ludzie. Wyszliśmy z wrocławskiej katedry w dwóch grupach. Ja byłem w legnickiej. Wszystko stało się za sprawą śp. ks. Kazimierza Malinosia.

Był on wówczas wikariuszem w parafii katedralnej we Wrocławiu, a kilka lat wcześniej – wikariuszem w ówczesnej naszej parafii pw. Trójcy Świętej w Legnicy. Tam zajmował się ministrantami, z którymi utrzymywał kontakt nawet po przejściu do Wrocławia. Organizował wręcz wymiany między ministrantami z obu parafii. No, i właśnie w wyniku tej współpracy postanowiliśmy pójść na Jasną Górę pieszo na uroczystości 1000. rocznicy chrztu Polski. Wówczas w całej Polsce było zaledwie kilka dużych, kilkusetosobowych pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Nasze wyjście było więc wyjątkowym wydarzeniem nie tylko w moim życiu, ale całej archidiecezji.

Jak wyglądała tamta wędrówka?

Szliśmy sześć albo siedem dni. Spaliśmy po klasztorach, po domach prywatnych. Doszliśmy na 15 sierpnia, na sam szczyt pielgrzymowania. Ogrom ludzi! Piękne wspomnienia. Tym bardziej że pod drodze podpadliśmy ubekom. Tak się bowiem zdarzyło, że szliśmy dwiema grupami i jedna z nich, ta, w której szedłem, pomyliła drogę. I weszliśmy w obszar, na którym pijani ubecy urządzili sobie polowanie. Akurat je kończyli. Może ze złości, że się nie udało nic upolować, a może ze względu na niechęć do ludzi wierzących, otoczyli nas i zaczęli przepytywać. Ze starszym o rok ode mnie kolegą Jasiem Popławskim rzuciliśmy się w las i uciekliśmy. Resztę grupy ubecy zabrali na komisariat i przesłuchiwali. I co mieliśmy robić? Weszliśmy do pierwszej po drodze wsi i poprosiliśmy pierwszego z brzegu gospodarza o przenocowanie nas. Nie udało się. No, to do kolejnego. Znów nic z tego. Nikt nie chciał nas przyjąć. Zlitował się ostatni we wsi. Ale zanim nas wpuścił do stodoły, kazał oddać zapałki i papierosy. Ale żaden z nas nie palił, więc nie mieliśmy czego oddać. I tak staliśmy, bo gospodarz chciał od nas te zapałki i nie wierzył, że nie palimy. W końcu powiedzieliśmy, że może nas przeszukać, a i tak nic nie znajdzie. Więc w końcu odpuścił. Rano obudził nas zapach kawy zbożowej. Piękny zapach po takich przygodach! Zeszliśmy ze strychu z nadzieją na kubek kawy. Okazało się, że gospodarze zaczęli nas przepraszać za wieczorne niezbyt miłe przyjęcie. Wszystkiemu winne było niedawne wydarzenie, gdy inny gospodarz przyjął dwa tygodnie wcześniej podobnych wędrowców, a ci spalili mu stodołę. Dlatego nikt w całej wiosce nie chciał nas przyjąć. Po za tym dotarła do nich informacja od pobliskich ojców franciszkanów z niedalekich Borków, że ubecy złapali pielgrzymów, a dwóch uciekło. Franciszkanie rozpuścili wieści po pobliskich wsiach z prośbą o odnalezienie nas. I tak połączyliśmy się z resztą grupy, bo franciszkanom udało się też jakoś tam swoimi kanałami dotrzeć do milicjantów, którzy, jak ubecy odjechali, puścili naszych.

Teraz, po 50 latach, znowu Pan ruszył.

Przez całe moje życie tamta pielgrzymka siedziała w moim sercu. Ilekroć później czytałem czy widziałem, jak obecni pątnicy ruszają na Jasną Górę, już tutaj, w diecezji legnickiej, to serce rwało mi się, by pójść z nimi. Ale jakoś tak się nie udawało. A im dalej z wiekiem, tym automatycznie było gorzej ze zdrowiem. Nie ukrywajmy, nie mam 20 lat. Trzeba było działać. Postanowiłem więc spełnić swoje postanowienie, które pojawiło się w pewnym momencie, że w 50. rocznicę ruszę pieszo na Jasną Górę. Złamałem je nieco, bo ruszyłem już w 49. rocznicę, ale jeżeli Pan Bóg da, to pójdę też w przyszłym roku.

Ale samo pójście nie było dla Pana łatwe, prawda?

Dwa lata temu uczestniczyłem w pielgrzymce do Krakowa. Byliśmy z grupą w sanktuarium św. Jana Pawła II. Jest tam płyta nagrobna papieża. Szliśmy na kolanach do tej płyty. Ja byłem wówczas po bardzo poważnej operacji kolan. Z bólu nie mogłem czasami nawet ustać, a co dopiero chodzić. W pewnym momencie nie mogłem też klękać, a jestem kościelnym. Służę na wielu Mszach św... I jak tu nie klękać? To był dla mnie bardzo trudny okres. No, i tam, w Krakowie, szliśmy do tej płyty na kolanach. W pewnym momencie zaczęło mnie tak boleć, że chciałem wstać, ulżyć sobie. Ale pomyślałem sobie tak: „Pojechałeś na Jasną Górę, przeszedłeś dookoła ołtarz na kolanach, tutaj nie dojdziesz?”. Uklęknąłem z wielkim bólem i doszedłem, dotknąłem płyty i wstałem. I nagle przestało mnie boleć! Czułem, że to sygnał, że muszę pójść do Matki Bożej. Wyruszyłem więc w pieszej pielgrzymce ku Jasnej Górze. Łatwo nie było, o co, to nie! Mam swoje lata, jestem słaby i tak szybko się nie regeneruję. Ale jakoś doszedłem. Odkryłem po drodze przepiękny Kościół, prawdziwą wspólnotę.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma