Nowy numer 2/2021 Archiwum

Osiemnaście kar śmierci

Kiedy poszła do szkoły średniej, zmieniono jej końcówkę nazwiska i teraz nazywała się Szendzielasz. „Dlaczego w całej rodzinie tylko ja nazywam się inaczej?” – zastanawiała się.


Grażyna Nowak, z domu Szendzielarz, 1 marca pojechała ze Zgorzelca, gdzie od ponad 20 lat mieszka, do Krakowa, gdzie się urodziła. W parku Jordana odbywały się główne uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Tam w Galerii Wielkich Polaków XX wieku odsłonięto dwa kolejne popiersia zasłużonych Polaków – Łukasza Cieplińskiego „Pługa” i Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, legendarnego dowódcy 5. Wileńskiej Brygady AK. O odsłonięcie pomnika majora poproszono właśnie ją, jego krewną. Nie kryła wzruszenia.


Wyklęte nazwisko


Podczas zamieszek studenckich w Krakowie w 1968 r. wylegitymowano ją niedaleko domu. Milicjant wziął jej dokumenty i długo nie zwracał. Kiedy oddał, dostała profilaktycznie parę razy pałą po plecach. Z płaczem wróciła do domu.

– Tato, dlaczego biją mnie za nazwisko? I dlaczego mam inne niż wy? – pytała 17-latka ojca. Po rozmowie z rodzicami zrozumiała, że to „sz” uchroniło ją od czegoś gorszego. Grażyna urodziła się i wychowała w Krakowie. Jej ojciec Karol miał pięciu braci. Najmłodszym był Zygmunt, późniejszy „Łupaszka”. Nawet kiedy wychodziła za mąż, chciała zachować pierwszy człon nazwiska. Rodzice przekonali ją, że Nowak jest znacznie bezpieczniejsze.
Na początku lat 90. pani Grażyna opuściła Kraków i przeniosła się do Zgorzelca. Od wiosny 1947 r. „Łupaszka” ukrywał się. Aresztowali go 30 czerwca 1948 r. w Osielcu na Podhalu funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na 18-krotną karę śmierci. Nikt nigdy w Polsce nie otrzymał aż tylu kar śmierci podczas jednego procesu. Prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski. „Łupaszkę” zamordowano 8 lutego 1951 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ekshumowane szczątki potwierdziły, że zginął „metodą katyńską”, strzałem w tył głowy.


Pod cmentarną aleją


– Barbara Szendzielarzówna, córka Zygmunta, przyjeżdżając do Krakowa, zatrzymywała się zawsze u nas. Była kuzynką mojego ojca i taka wiedza musiała mi wystarczyć – opowiada pani Nowak. – Basia nie odwiedzała nas często, ale zawsze wtedy, gdy było gorąco. Kilka razy byliśmy nawet na wspólnych wakacjach. A w naszym domu UB często urządzało „kocioł”.
O tym, że ciotka Basia jest córką wyklętego „Łupaszki”, Grażynie nie mówiono. Po śmierci Barbary w 2012 r. pani Grażyna napisała do IPN-u. Wiedziała, że na warszawskiej „Łączce” trwają prace ekshumacyjne i szukają wyklętych. Później przesłała swój materiał genetyczny do badań porównawczych. Niebawem nadeszła informacja zwrotna, że jest spokrewniona z Zygmuntem. Pani Grażyna podejrzewa, że to, co wysłała, musiało posłużyć jako ostateczne potwierdzenie, że na „Łączce” trafiono na majora. Wiadomo, że tuż po śmierci Barbary pobrano od niej materiał genetyczny. – Szkoda, że Basia tego nie doczekała – podkreśla na każdym kroku pani Grażyna.
„Szczątki Zygmunta Szendzielarza odnaleziono wiosną 2013 r. w pobliżu kwatery Ł Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie” – brzmiał lakoniczny komunikat IPN-u. Tak naprawdę majora odnaleziono pod asfaltową aleją cmentarną między kwaterami „Łączki”. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik IPN-u ds. poszukiwań ofiar terroru komunistycznego, ma zdjęcia wykonane rok wcześniej z uroczystości na „Łączce” z udziałem władz i kamer. Wówczas nikt nie wiedział, że w ziemi poniżej leżą szczątki majora Szendzielarza.
Barbara za życia wykupiła na Powązkach stosowne miejsce. Jest tam symboliczny grób majora. Po śmierci spoczęła w nim córka „Łupaszki”. On sam nie jest do tej pory pochowany, pomimo że od odnalezienia i zidentyfikowania szczątków upłynęło już trochę czasu. Ostatnie zawirowania wokół projektu panteonu-mauzoleum ofiar zbrodni komunistycznych, który ma powstać na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, nie napawają optymizmem. Projektowi zarzucono plagiat nekropolii w Sztokholmie, stworzonej przez duńską pracownię BIG.
Takich rodzin czekających na ostateczny pochówek zidentyfikowanych ofiar zbrodni komunistycznych jest więcej. Jak długo jeszcze mamy czekać, tego krewna majora nie wie, bo rodzin nikt nie informuje.


Budzą się w pamięci


Władze Towarzystwa im. H. Jordana już planują ustawienie kolejnych postaci w krakowskim parku. Na przyszły rok zaplanowano odsłonięcie popiersi Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i Józefa Franczaka „Lalka”, ostatniego z wyklętych. W parku są już ustawione m.in. trzy popiersia innych żołnierzy niezłomnych: gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, ks. Władysława Gurgacza i Danuty Siedzikówny „Inki”. – Żołnierze niezłomni, wyklęci przez komunistów, budzą się teraz w naszej pamięci. Budzą się m.in. za przyczyną patriotycznie nastawionej młodzieży. To cieszy, bo najwyższy czas, by czcić bohaterów tak, jak na to zasługują – powiedział podczas krakowskich uroczystości prof. Kazimierz Cholewa, prezes Towarzystwa im. Henryka Jordana.


« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama