• facebook
  • rss
  • Łamaczka serc

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 27/2017

    dodane 06.07.2017 00:00

    – Mamy wrażenie, że bierzemy udział w jakimś misterium, którego do końca nie rozumiemy – mówi Grzegorz Białek o fenomenie wędrówki z Lwówka Śląskiego do Matki Bożej Łaskawej.

    Z Lwówka Śląskiego do Krzeszowa droga łatwa nie wiedzie. Obie miejscowości rozdzielają pasma gór, m.in. Rudaw Janowickich. Tę trasę w ostatnich dniach czerwca pokonało ponad 20 osób, idąc w pielgrzymce, która – według słów wieloletnich uczestników – w niezwykły sposób otwiera ich serca. Na czele o. Piotr Reizner, proboszcz parafii pw. św. Franciszka z Asyżu w Lwówku Śląskim.

    – Wychowałem się stosunkowo niedaleko stąd, bo w Nowej Soli. Bardzo często przyjeżdżałem w Rudawy Janowickie i Karkonosze, w Krzeszowie bywałem jednak rzadko. W moim życiu kapłańskim i zakonnym Maryja pod różnymi tytułami przewija się przez cały czas. Najpierw 8 lat pracowałem w Krakowie, w naszej franciszkańskiej bazylice, gdzie króluje Matka Boża Bolesna, później 4 lata w sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej. Po przyjściu do Lwówka w sierpniu zeszłego roku od razu usłyszałem o pielgrzymce do Matki Bożej Łaskawej i bardzo się z tego ucieszyłem. Choćby dlatego że ludzi lepiej się poznaje, przebywając z nimi, a nie patrząc na nich z ambony. Żyjąc z nimi. Jak mówi Franciszek, pasterz musi pachnieć swoimi owcami. A gdzie się lepiej poznać, jeśli nie na pielgrzymce? – mówi o. Piotr Reizner. Uczestników tej wędrówki było jak zwykle niewielu – 23 osoby. Jeden z nich, Grzegorz Białek, doskonale pamięta tę pierwszą, sprzed 21 lat. – Wyszliśmy w osiem osób. Tylko dwie czy trzy z nich były pełnoletnie. Nie mieliśmy załatwionego żadnego noclegu. Nawet raz spaliśmy w lesie. Jedyne, co mieliśmy, to chęć dojścia do Matki Bożej Łaskawej i list podpisany przez proboszcza naszej lwóweckiej parafii, o tym, że jesteśmy pielgrzymami – mówi mężczyzna. Warunki po dwóch dekadach są tylko nieco lepsze. Pogody – wiadomo – kontrolować się nie da, a i noclegów szczególnych nie szukają. Po drodze spali m.in. na chórze kościoła w Miedziance. Dojście do niego wyznaczyła im 2-godzinna ulewa. – Kładąc się spać, żartowałem, że będąc na pielgrzymce, nigdy tak czysty nie zasypiałem – mówi o. Piotr. Nie był to jednak problem dla weteranów tego szlaku. Wśród nich był Bartłomiej Mścisławski, idący na czele grupy. – Tak to jest, gdy się podchodzi do czegoś z miłością – mówi mężczyzna. Nawiązuje od razu do swojej wieloletniej przygody z tym pielgrzymowaniem. – To się absolutnie nie nudzi. Nawet gdy idę po raz trzeci tym samym szlakiem, a dużo chodzę po górach, to wędrówka jest zupełnie inna. Tutaj jest tak samo, a nawet i lepiej. Idziemy z intencjami. Jest sporo starych pielgrzymów, sporo nowych. Mam wrażenie, że bywają pielgrzymki jakby stworzone dla jednej, jedynej osoby. Że 20 czy 25 osób idzie dla tej jednej osoby, by to ona doświadczyła Boga. Jak jedna kobieta, która mając wielkie problemy finansowe i stojąc na ogromnym zakręcie życia, przeszła do Matki Bożej Łaskawej i nagle wszystko, ale to wszystko się jej w życiu wyprostowało – mówi Bartłomiej Mścisławski. Takich relacji o doświadczeniu Boskiej łaskawości na tej niedługiej, bo zaledwie 60-kilometrowej trasie jest dużo. Grzegorz Białek opowiadając o pielgrzymce, nie boi się używać wielkich słów. – Chodziłem w różnych pielgrzymkach. Ta jednak pozostaje dla mnie prawdziwym fenomenem. Ba, mamy wrażenie, że bierzemy udział w jakimś misterium, którego do końca nie rozumiemy. Już na tej pierwszej dwie czy trzy osoby przeżyły bardzo głębokie nawrócenie. I to, mogę zaświadczyć po latach, był trwały owoc. Ludzie są tutaj dotykani przez Boga. Czasem jest to większe, czasem mniejsze grono. Niektórzy wychodzą z nami z Lwówka, „bo to fajna impreza, trochę rajd”, a nagle ich serce zostaje poruszone – mówi Grzegorz Białek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół