• facebook
  • rss
  • Adoracja dała siłę

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 24/2017

    dodane 15.06.2017 00:00

    Siostra Marlene Trelles, która pracowała z bł. o. Michałem i bł. o. Zbigniewem w Pariacoto, opowiada o Polsce, Peru i misjach.

    Jędrzej Rams: Rozmawiamy w Pieńsku, który odwiedza Siostra pierwszy raz w życiu. Tu pracował bł. o. Michał Tomaszek. Jak Siostra tu trafiła?

    S. Marlene Trelles: Jestem w Polsce drugi raz. Pracuję jako sekretarka generalna mojego zgromadzenia w Rzymie. Wracam jednak do Peru i korzystając z zaproszenia o. Jarosława Wysoczańskiego, odwiedzam jeszcze Polskę. Jestem tutaj, ponieważ z mojego serca wypływa dziękczynienie Bogu za dar pracy z błogosławionymi Michałem i Zbyszkiem. Patrząc na was, przypominam sobie twarze ojców i pierwsze spotkanie z nimi. Druga sprawa to prośba o przebaczenie. Proszę o nie w imieniu wszystkich Peruwiańczyków i tych, którzy odebrali im życie. Jednocześnie chcę powiedzieć, że zło nigdy nie triumfuje. Zawsze zwycięża dobro.

    Jak poznaliście się z dzisiejszymi błogosławionymi?

    Gdy w 1988 r. do Pariacoto w Peru przybyli ojcowie Jarosław Wysoczański i Zbigniew, my, siostry ze zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego, wprowadzałyśmy ich w pracę na misji. Byłyśmy bowiem obecne tam już od 1971 roku. Niestety, ciągle brakowało nam kapłanów. Jedyną formą kontaktu z Jezusem Eucharystycznym była Jego adoracja. Uczyliśmy i katechizowaliśmy przez adorację i jednocześnie ucząc adoracji. Nie ma jednego bez drugiego. Gdy przyjechali do nas ojcowie, byłyśmy bardzo szczęśliwe. Po kilku miesiącach dołączył do nich też o. Michał. Uczyłam go języka hiszpańskiego. Ta piękna rzeczywistość skończyła się zabójstwem ojców. To było dla nas niezwykle smutne, ale można powtórzyć słowa Jezusa: „Jeżeli ziarno nie padnie w glebę i nie obumrze, nie da owoców”.

    Tęsknicie za „waszymi ojcami”?

    W Pariocoto czuje się ich obecność. Nawet w domach protestantów znajdują się obrazy czy zdjęcia Zbyszka i Michała. Ja sama mam kilka ich relikwii. Rozdałam je całej mojej rodzinie. Rozmawiam z nimi kilka razy dziennie. A czasami, jak mnie boli kolano, to pocieram je tymi relikwiami i przestaje boleć. (śmiech)

    Jak Siostra zapamiętała błogosławionych?

    Pamiętam, jak po pierwszych kilku godzinach nauki języka poprosiłam, by Michał ze słów, które już zna, stworzył krótką modlitwę. On rozpoczął od znaku krzyża, a później jakoś tak same popłynęły słowa modlitwy… Mogę o nim powiedzieć, że był człowiekiem bardzo spokojnym, pełnym dobroci i kontemplacji. W Pariacoto był kochany przez dzieci i młodzież. Zbigniew zaś był człowiekiem pasji Boga i ludzi. Zawsze gotowy do pomocy. Silny i odważny. Bardzo dobrze zorganizowany. O mocnych przekonaniach. Zbyszka miałam okazję spotkać na 3 dni przed jego śmiercią. Pytałam go, czy otrzymali ostrzeżenia. Nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się. Jego twarz coś mówiła, ale się nie odezwał. Uszanowałam jego milczenie. Na koniec spotkania powiedział: „Nie możemy opuścić ludu. Nigdy nic nie wiadomo. Ale gdyby coś się stało, niech mnie pochowają w Pariacoto”. Myślę, że on przeczuwał, co się wydarzy. Nie stracił jednak wewnętrznego pokoju i zaufania do Boga. Nie myślałam wtedy, że będzie to nasze ostatnie spotkanie. Kilka dni później, jeszcze w tym samym tygodniu, uczestniczyłam w jego pogrzebie… Ich zabójstwo dotknęło nasze serca. Mam czasem wrażenie, że jest to zły sen. Że przestanę śnić i nie uwierzę, że był ten 9 sierpnia, gdy się obudziliśmy i Zbyszka nie było. To był szok.

    Osiągnęliby świętość bez męczeństwa?

    Bóg pisze historię nieraz poprzez bardzo pokręcone ścieżki. Jestem pewna, że ich całkowite oddanie Bogu i ludowi nie było improwizacją. To było ich autentyczne oddanie siebie aż do śmierci. Widziałam, jak żyli, pracowali i modlili się – to był owoc ich życia wewnętrznego. Zawsze chętnie stawali do pomocy innym. Zawsze. Gdy ich porwano, nie mieli czasu, by rozważać wolę Boga, czy zostać, czy opuścić Pariacoto. Zawsze byli w pełni oddani ludziom, z którymi żyli. To ich popchało do wierności danym im ludziom aż do końca. Świadectwo ich życia wprowadza nas w tajemnicę miłości aż do końca, ofiary swojego życia dla innych. Choć czas przemija, to wszystko, co stało się naszym doświadczeniem wewnętrznym, nigdy nie przemija. Oni mieli siłę.

    Jak możemy uczyć się tej wewnętrznej siły od naszych błogosławionych?

    Po ich śmierci ludzie w Pariacoto od razu otworzyli tabernakulum i rozpoczęli adorację Najświętszego Sakramentu. To byłoby coś najpiękniejszego, gdyby owocem ich śmierci była wasza adoracja Najświętszego Sakramentu. Na niej Bóg przemawia i uczy nas ofiary z siebie aż do stracenia życia. Po to, by je odzyskać w niebie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół