• facebook
  • rss
  • Mistrzowie ze skazą

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 32/2012

    dodane 09.08.2012 00:15

    Historia i sztuka. Dzieje Krzeszowa na ogół przywodzą na myśl heroiczne wydarzenia i wzniosłe epizody. Czasem jednak stały za nimi postacie, które obok talentu nosiły w sercu ludzkie słabości. Dlatego w samym środku ołtarza głównego dzisiejszej bazyliki pojawiła się... goła pupa aniołka.

    Wiara i nasza relacja z Bogiem to tajemnica. I jest jakaś zależność pomiędzy wielkością tajemnic wiary a wielkością naszych słabości. Legenda głosi, że w Krzeszowie pierwszy dom dla zakonników powstał jako ślub złożony Bogu przez piastowskiego księcia Bolka Srogiego. W czasie jednego z polowań książę tak zatracił się w polowaniu, że zgubił drogę do domu. Zdrożony i odczuwający coraz większe pragnienie książę obiecał wtedy Bogu, w miejscu, gdzie znajdzie wodę, wybuduje klasztor. Ufając dobroci Boga, rzucił w las swój pierścień. Słudzy po długich poszukiwaniach znaleźli pierścień nad brzegiem strumienia, którego wcześniej w tym miejscu nie widzieli. Tyle legenda. Prawda jest pewnie gdzieś pośrodku, pomiędzy legendą a faktem fundacji klasztoru benedyktynów przez księżną Annę w 1242 roku. W tym czasie do Krzeszowa trafiła też ikona Matki Bożej Łaskawej. Jest kilka legend próbujących wyjaśnić, jak to się stało.

    Legendarne pochodzenie

    Najmniej prawdopodobną, choć na pewno niezwykle cudowną, jest ta, która głosi, że pojawiła się ona w Krzeszowie za sprawą aniołów. Prawdą jest na pewno to, że ikona pochodzi z kręgu kulturowego Bizancjum, a dokładnie – istniejącego wówczas Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego. Miał przywieźć ją z tamtych terenów rycerz krzyżowy Benitto z rodu Tankrettów. Ikona trafiła najpierw do Rimini we Włoszech, gdzie opowieść zaczyna się komplikować. Jedna z jej wersji wplata w nią działanie aniołów, inna próbuje kojarzyć południowe regiony Europy z rodziną św. Jadwigi. Według pierwszej, to właśnie aniołowie mieli w cudowny sposób przenieść ikonę z Włoch do Krzeszowa. Według drugiej wersji, ikona miała być częścią wiana, jakie księżna wnosiła w posagu w swoje małżeństwo z Henrykiem I. Anna pochodziła bowiem z południowych regionów Niemiec, a jeden z bliskich członków rodziny brał udział w wyprawie krzyżowej. Jeszcze innym wytłumaczeniem pojawienia się obrazu w Krzeszowie jest wersja o przywiezieniu ikony na Dolny Śląsk przez zakonników wracających od papieża. Byli tam po potwierdzenie przywilejów nadanych dla ich zgromadzenia. Najmniej prawdopodobne wyjaśnienie tłumaczy, że obraz namalował pustelnik Krzesz, mieszkający w tej okolicy. Miał on następnie ofiarować go księciu Bolkowi I. Trudno uwierzyć w tę ostatnią opowieść, bo niby skąd Krzesz znałby bizantyjski sposób pisania ikon? A właśnie takie pochodzenie obrazu potwierdził zespół, powołany przez bp. Tadeusza Rybaka, pierwszego ordynariusza naszej diecezji, tuż przed koronacją ikony przez Jana Pawła II. Jeden z członków komisji, prof. Ivo Kořán, znawca średniowiecznych ikon, wykorzystując badania rentgenologiczne, stwierdził, że należy ona do kilku najstarszych obrazów o tematyce maryjnej w Europie. Dokładnie – do pierwszej piątki. Jest też na pewno najstarszym obrazem maryjnym w Polsce. A jak duża jest nasza ikona? Ma wymiary zaledwie 60 cm na 37,5 cm. Malowidło reprezentuje typ zwany Hodigitrią, czyli Madonny Wskazującej Drogę. Maryja na prawym ramieniu trzyma Dzieciątko, lewą ręką wskazuje na Nie jako na jedyną drogę dla wiernych. Wykonana jest farbami temperowymi na modrzewiowej desce. Tło ikony jest złote. Malowidło otaczają piękne barokowe ramy z napisem „Gratia Sanctae Mariae”. Ikona osadzona jest w srebrnej ramie – dziele wrocławskiego złotnika Benjamina Hentschla. Maryja, w purpurowym maforionie i zielonej sukni, na prawej ręce trzyma Jezusa okrytego zieloną szatką, spod której widać bose stópki. Jezus podnosi prawą rączkę do góry w geście błogosławieństwa, natomiast w lewej trzyma zwinięty w rulon pergamin. Maryja lewą dłoń wspiera na piersi. Jasne oblicze otulone jest czerwonobrunatną szatą. Spodnia suknia jest koloru morskiego. Dziecko w złotozielonej szacie kieruje głowę w stronę Matki.

    Nie drażnij mistrza

    Wiemy, kiedy i dlaczego w pewnym momencie kult i cześć obrazu urwały się. Było to związane z wojnami husyckimi na początku XV wieku. W czasie jednego z najazdów husytów przerażeni zakonnicy ukryli obraz pod posadzką zakrystii. Sami zostali zamordowani w okrutny sposób przez najeźdźców, choć brakuje dowodów historycznych na potwierdzenie tego ostatniego wydarzenia. Mówią o tym legendy, a te, mimo że zawierają w sobie jakąś prawdę, często wyolbrzymiają wiele faktów. Poruszyły na pewno wyobraźnię Neunhertza, który wymalował męczeństwo 40 zakonników na jednym z malowideł wewnątrz bazyliki. Na obrazie są oni przypalani żywcem i mordowani. Czy tak było naprawdę, nie wiadomo. Katolickie malowidło miało ukazać ogrom okrucieństw ze strony innowierców. Poza tym zilustrowaniem legendy w opactwie znajdziemy wiele innych dzieł, które powstały w ramach upodobań fundatorów albo w słabości twórców. Przykładem jest dziwna kompozycja obrazu w głównym ołtarzu bazyliki Wniebowzięcia NMP. Jego twórcą był mistrz Brandl, który zarówno swój talent malarski, jak i swoje słabości pielęgnował w iście kunsztownym stylu. Artysta miał słabość do alkoholowych trunków. Wpędzało go to wielokrotnie w kłopoty, z więzieniem włącznie. Jedna z opowieści głosi, że wieczorami potrafił malować na rauszu, aby rano zamalowywać powstałe dzieła. Tłumaczył potem, że „malarza nie było w domu”. Kiedy pokłócił się z opatem o wypłatę kolejnej zaliczki za powstający obraz do ołtarza głównego, na samym jego środku zamiast podobizny zleceniodawcy powstał... goły tyłeczek aniołka.

    Nawet dziś możemy przekonać się o złośliwym charakterze Brandla: przecięcie dwóch przekątnych obrazu wskaże nam z łatwością ten pikantny szczegół. Nie mniej mściwy był sam Michał Willmann. Opowieść głosi, że pewnego razu podczaszy, nalewający wina przy posiłkach, wyjątkowo skąpo potraktował mistrza. Ten tak się zdenerwował tym aktem lekceważenia, że przy malowaniu Męczeństwa św. Barbary nadał oprawcy świętej twarz podczaszego. Podobnie stało się z innym cystersem, który odpowiadał za dopilnowanie prac przy malowaniu sąsiedniego kościoła brackiego. Braciszek nie szczędził ciętych uwag co do tempa i poziomu prac Willmanna. Na dodatek czynił to w bardzo arogancki i ekspresyjny sposób. Mistrz umieścił więc jego podobiznę w scenie Obrzezania Dzieciątka w serii Smutków św. Józefa. W gronie kilku osób otaczających Jezusa znajdziemy postać w okularach, zgłaszającą pretensje co do sposobu obrzezania Jezusa. Tym okularnikiem ma być właśnie ów złośliwy cysters. Mistrz jeszcze raz uległ słabości i sportretował siebie także w innej scenie – również z serii Smutków św. Józefa. Karczmarz odmawiający noclegu Józefowi i brzemiennej Maryi ma podobno twarz Michała Willmanna.

    Czarodziejski flet w bazylice

    Mało znanym faktem jest znalezienie w krzeszowskim opactwie ponad 500 skrzyń z unikatowymi dziełami wybitnych niemieckich artystów. Wszystko zaczęło się w 1943 r., kiedy alianckie bombowce coraz śmielej zapuszczały się nad terytorium III Rzeszy. W każdej takiej wyprawie brało udział nawet tysiąc samolotów. Ich celem były głównie obiekty przemysłowe, lecz tak naprawdę zrzucane bomby niszczyły całe miasta. Bombowce miały jednak ograniczony zasięg. Nie dolatywały m.in. nad Dolny Śląsk. Dlatego zapadła decyzja, aby m.in. w Krzeszowie ukryć najcenniejsze dzieła niemieckiej kultury. I tak trafiły tutaj zbiory Pruskiej Biblioteki Państwowej – dawnej Królewskiej Biblioteki z Berlina. W kilkudziesięciu skrzyniach znajdowały się wyjątkowo cenne muzykalia: starodruki i rękopisy wielkich dzieł Bacha, Mozarta, Beethovena, Haydna i Brahmsa. Ukryto je na strychach obu świątyń. W kościele św. Józefa miały sięgać aż po sam dach. W kościele Matki Bożej ich warstwy osiągały wysokość wzrostu człowieka. Wraz z zakończeniem wojny do Krzeszowa trafiła specjalna polska komisja, szukająca takich skarbów. Potajemnie zabrano je do Krakowa i... słuch po nich zaginął. 30 lat później, pod koniec lat 70. XX w., pierwsze informacje o tych zbiorach w polskich rękach zaczęły się wydostawać poza krąg wtajemniczonych pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego i Służby Bezpieczeństwa. Krótko potem Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz przekazali szefowi niemieckiej partii komunisty- cznej Erichowi Honeckerowi oryginalne rękopisy „Czarodziejskiego fletu” Mozarta i IX Symfonii Beethovena.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół