Pewnie spacerują razem w niebie

Jakub Zakrawacz

|

Gość Legnicki 31/2022

publikacja 04.08.2022 00:00

Ta niezwykła historia sięga poza granice naszego kraju. Krzysztof Jasiński opowiada o swoim dziadku, przyjacielu św. Maksymiliana Marii Kolbego.

Malarz trzyma rodzinne zdjęcie. Widać na nim m.in. stojących  przy wielkanocnym stole Antoniego i świętego franciszkanina. Malarz trzyma rodzinne zdjęcie. Widać na nim m.in. stojących przy wielkanocnym stole Antoniego i świętego franciszkanina.
Jakub Zakrawacz /Foto Gość

Dziadek bardzo aktywnie działał w Kościele. Należał do III Zakonu św. Franciszka – mówi o mjr. Antonim Błaszczyku jego wnuk Krzysztof Jasiński. – Spotkali się i zaprzyjaźnili. Potem współpracowali przez wiele lat. Maksymilian drukował „Rycerza Niepokalanej”, a dziadek rozprowadzał jego obrazki, broszurki z modlitwami. Trwało to do II wojny światowej. Jeden zginął w Auschwitz, drugiego po wojnie dopadli komuniści – dodaje lubiński malarz, który trzyma w dłoniach zdjęcie, niezwykły relikt przeszłości. Widzimy na nim goszczącego w domu dziadka św. Maksymiliana, który najprawdopodobniej błogosławi pokarmy na wielkanocny stół rodziny swojego przyjaciela. – Z opowiadań mamy i cioci wiem, że św. Maksymilian był częstym gościem w ich domu – dodaje pan Krzysztof i rozpoczyna opowieść o losach swojego dziadka.

– W 1920 roku jako osiemnastolatek wyruszył na ochotnika na wojnę z bolszewikami. Został zawodowym żołnierzem. Powrócił w okolice Warszawy, a potem został przeniesiony na wschód, w okolice Drohobycza, gdzie stacjonował – mówi pan Krzysztof.

Początek drugiej wojny światowej to „wyzwalanie” ziem wschodnich, czyli niespodziewany atak bolszewików na Polskę. Jego oddział zostaje rozbity, a pan Antoni trafia przed pluton egzekucyjny. W tym samym czasie w lasach na tym terenie trwały jeszcze walki Polaków z Rosjanami, w których brał udział przyrodni brat Antoniego, Stanisław. Rosyjski pluton niespodziewanie wstrzymał wykonanie wyroku. Pan Antoni wyczuł szansę, by uciec. – Dziadek wspominał, że przez dwie godziny uciekał na bosaka (Rosjanie zdążyli mu zabrać buty). Wpadł do swojego domu, postanowił spakować się i uciec nad ranem. NKWD było jednak szybsze, o trzeciej w nocy otoczyło dom i było już po wszystkim – kontynuuje opowieść pan Krzysztof.

Jego dziadek wraz z rodziną został załadowany do wagonów towarowych. Pociąg ruszył w kierunku wschodnim. – Jechali przez dwa dni i dwie noce. Po około 600 kilometrach teren zaczął robić się górzysty, a pociąg zaczął zwalniać. Dziadek wykorzystał okazję – kontynuuje pan Krzysztof. – Ruszyli piechotą w stronę Warszawy. Przeżyli. Kiedy złoto i pieniądze się skończyły, trzeba było znaleźć jakieś zajęcie. Dziadek był żołnierzem i był przeszkolony jako sanitariusz. Dostał pracę w niemieckim lazarecie, a niemiecki znał perfekt, bo rodzony był w Królewcu. Niemcy ściągali tam rannych spod Moskwy. Dziadek przepracował w tym miejscu ponad rok – opowiada wnuk.

Pan Krzysztof przerywa opowieść o losach dziadka, by niespodziewanie wpleść w nią swoją historię. Przenosimy się do Austrii, jest pięćdziesiąt lat później. – Moje dwie córki wychodziły za mąż, musiałem zarobić na wesela. Wyjechałem do Austrii i pracowałem u pewnej życzliwej rodziny. Bardzo sympatyczni ludzie. Po kilku tygodniach, przy niedzielnym obiedzie, teść mojego szefa (którego nazywałem dziadkiem) zapytał, co sądzę o minionej wojnie. Pytanie chciała przerwać jego córka. Bała się, że rozmowa potoczy się w niebezpiecznym kierunku – wspomina pan Krzysztof.

„Dziadek” Johann powiedział jednak, że do wojny się nie pchał, a do wojska został wcielony siłą, ponieważ Austrię zaanektowały wcześniej Niemcy. Jak wspominał, „debiutował” w bitwie pod Moskwą, w trakcie niefortunnego z punktu widzenia Niemiec ataku III Rzeszy na ZSRR zimą 1941 roku. – W czasie odwrotu, przy pięćdziesięciostopniowym mrozie, na jego oczach koledzy zamarzali na stojąco, bo o zatrzymaniu się nie było mowy. Żołnierze schowali się w bunkrze, do którego niedługo później Rosjanie wrzucili granat. Johann mówił, że chyba Opatrzność go pilnowała, bo przeżył i został zawieziony do lazaretu pod Warszawę. Tam miał poznać człowieka, którego nazywał świętym – wspomina pan Krzysztof.

Ciężko ranny Austriak leczony był w okupowanej Polsce przez dziesięć miesięcy. Kiedy wydobrzał, został posłany na front. Od opiekującego się nim Polaka otrzymał obrazek. – Johann pokazał nam go. To był wydrukowany w Niepokalanowie obrazek z napisem z tyłu: „Zakon Franciszkański, Antoni Błaszczczyk” wraz z podpisem mojego dziadka. Kuzyn, który siedział tam ze mną, zaniemówił z wrażenia – śmieje się pan Krzysztof. – To niesamowite! Gdzie Moskwa, Niepokalanów, Królewiec i Austria? Okazało się, że Johann po wojnie przyjeżdżał do Polski szukać mojego dziadka, ale go nie znalazł. Nic dziwnego, dziadek ukrywał się wtedy przed komunistami – wspomina pan Krzysztof. I po chwili snuje opowieść o dalszych losach pana Antoniego.

– Komuniści nie dawali mu spokoju. Nie mogli mu wybaczyć ucieczki z transportu na wschód. Dziadek często zmieniał miejsce zamieszkania, prace. A miał ich sporo. To był Leonardo da Vinci współczesnych mu czasów – dodaje pan Krzysztof i wymienia m.in. funkcje dyrektora szkoły, nauczyciela, kuratora ds. nieletnich, opiekę nad dziećmi niepełnosprawnymi (którym robił zabawki!) oraz działalność w katolickiej sekcji Polskiego Związku Esperantystów.

Według pana Krzysztofa ostatnia działalność miała przyczynić się do śmierci dziadka. – Po wojnie był aktywnym członkiem związku. W okręgu Głuszyca, Wałbrzych, Kłodzko dziadek działał m.in. z oblatem o. Henrykiem Paruzelem (duchowni bardzo aktywnie w nim uczestniczyli, szczególnie na Dolnym Śląsku). W 1976 roku zorganizowali sympozjum na cześć św. Maksymiliana Kolbego. Zjechało się ponad stu esperantystów z ośmiu krajów. To właściwie przypieczętowało los ich obu, bo o. Paruzel niedługo potem zginął w wypadku samochodowym, a zaraz po nim dziadek, w wypadku kolejowym – opowiada jego wnuk, wskazując na „długą pamięć” komunistów oraz fakt, że działalność katolików przyciągała wielu młodych, co nie było na rękę ówczesnym władzom.

– Dziadek miał swoją ulubioną trasę do Głuszycy. Szedł ślepym torem. Tam bardzo rzadko cokolwiek jechało. Maszynista znał Antoniego. Zatrąbił, Antoni szedł bokiem, ale – według relacji maszynisty – w pewnym momencie zobaczył, jakby coś rzuciło Antoniego prosto pod jego lokomotywę. Po wypadku zabroniono nam oglądać dziadka, nawet otwierać trumnę – wspomina wnuk.

– Po jego śmierci ubecja posprzątała mieszkanie do zera. Nasza babcia była zastraszana, bała się nawet powiedzieć, co stało się z jego rzeczami – wspomina. Po latach jednak okazało się, że jeden ze „skarbów” wciąż pozostawał na swoim miejscu. Opowiada o nim Stanisława Błaszczyk, 89-letnia córka Antoniego i ciocia pana Krzysztofa.

– Pewnego dnia, gdy odwiedziłam siostrę, na ziemię spadła i rozbiła się waza, w której trzymała ona różne papiery rodziców – opowiada pani Stanisława. Jej oczom ukazał się wtedy niezwykły dyplomik… z podpisem św. Maksymiliana! – Od dziecka byliśmy wychowywani w duchu, że Bóg i Kościół są najważniejsze. Ojciec miał nadzieję, że kiedy dorosnę, wstąpię do zakonu. Kiedy miałam pięć, może sześć lat, zapisał mnie do Milicji Niepokalanej. Podpis Maksymiliana jest dla mnie jak relikwia – wspomina starsza pani.

– Dziadek i św. Maksymilian byli niezwykle podobni do siebie, tak samo „szaleni” – uśmiecha się pan Krzysztof. – Pewnie obaj spacerują teraz w niebie.