Dobra robota, bracie!

Jędrzej Rams

|

Gość Legnicki 27/2022

publikacja 07.07.2022 00:00

Wakacje to czas wyjazdów na misje salezjańskie. Radek z Lubina jedzie aż do Ułan Bator.

	Radek z podopiecznymi z Liberii, gdzie pracował w zeszłym roku. Radek z podopiecznymi z Liberii, gdzie pracował w zeszłym roku.
Radosław Szczęsny

W niedzielę 26 czerwca we wrocławskiej katedrze pw. św. Jana Chrzciciela odbyła się uroczystość posłania salezjańskich świeckich misjonarzy na misje. Podczas Eucharystii wolontariusze misjonarze otrzymali krzyże misyjne oraz błogosławieństwo. Jednym z nich był pochodzący z Lubina Radosław Szczęsny.

Kierunek Ułan Bator

− Lecę z trzema wolontariuszami do Mongolii, do Ułan Bator. Salezjanie prowadzą dom i przygarniają pozostawionych samym sobie chłopców z ulicy. Będę tam wychowawcą, ale także będę pracował w szkole jako nauczyciel informatyki – mówi Radosław. Ułan Bator to jednomilionowe miasto w centrum Mongolii. Cały kraj jest pięciokrotnie większy od Polski, ale zamieszkuje go 10 razy mniej ludności niż nasz kraj.

Stolica jest dla wielu osób mieszkających na bezkresnych pustkowiach stepów szansą na lepsze życie. Jak zauważają sami salezjanie, wiele dzieci porzuconych przez rodziców przyjeżdża pociągami do Ułan Bator w poszukiwaniu swojego miejsca. W czasach socjalistycznych powstał tam system podziemnego ogrzewania centralnego, który przebiega przez tunele pod miastem. Dzieci znajdują schronienie właśnie tam, często jednak muszą walczyć o miejsce. Jedyny wybór, jaki mają, to albo się przystosować i stać się równie brutalnymi jak koledzy, albo wrócić do bezrobotnych i bardzo często uzależnionych od alkoholu rodziców. W 2001 roku w stolicy kraju salezjanie otworzyli ośrodek dla dzieci ulicy oraz szkołę techniczną. W Savio Home przebywa obecnie ponad 20 chłopców. Część z nich uczy się zawodu w szkole salezjanów, co ułatwi im start w dorosłość. Ten dom to dla nich jedyna szansa na lepsze życie. I właśnie do tego miejsca pojedzie Radosław. Największą przeszkodą w prowadzeniu salezjańskiej placówki jest duża nietolerancja państwa mongolskiego wobec chrześcijan.

− W Mongolii pomimo otwartości buddyzmu na inne religie strona państwowa zakazuje zapraszania kogokolwiek na wydarzenia religijne, chrześcijańskie. Salezjanie mogą sprawować Msze św., ale nie mogą otwarcie zachęcać do modlitwy swoich podopiecznych. Liczę jednak na to, że będziemy mogli swoim przykładem świadczyć o Panu Bogu i pociągać do niego innych – mówi mężczyzna. Wyprawa do Mongolii będzie drugą misją lubinianina. Przed rokiem spędził wakacyjny czas w zupełnie innej części świata. Razem z kolegą pomagał w placówce salezjańskiej w Liberii. Jak mówi, wiele udało się tam zrobić – od uczenia informatyki po organizację dwutygodniowego obozu wakacyjnego dla 300 dzieci. − Ówczesny inspektor ks. Jarosław Pizoń wręczył mi krzyż misyjny i powiedział: „Dobra robota, bracie”. Byłem bliski łez. Przyjęcie krzyża misyjnego zostawia ślad na całe życie – mówi.

Pomoc jest potrzebna

Salezjański Wolontariat Misyjny to projekt formacyjny dla osób, które interesują się misjami i chcą się sprawdzić, czy to ich powołanie. Podobnie było z Radosławem. − Fascynacja misjami zrodziła się dawno temu. Należałem w Lubinie do parafii salezjańskiej pw. Matki Bożej Częstochowskiej. Miałem to szczęście, że przyjeżdża tam bardzo wielu misjonarzy. Pamiętam, jak mając może 7 lat, rozpoczynałem przygodę z Liturgiczną Służbą Ołtarza. Księża przylatywali np. z Afryki i opowiadali, jak wygląda ich praca. Fascynowało mnie to. Niestety do wolontariatu misyjnego trafiłem za późno. Wahałem się i miałem obawy, czy sobie tam poradzę. Bałem się, że misje okażą się nie dla mnie i że nie będę mógł w niczym pomóc. Ale zostałem bardzo dobrze przyjęty. Działam w wolontariacie już 3,5 roku. Moja pomoc jest potrzebna, dlatego żałuję, że tak długo z tym zwlekałem − może udałoby mi się wcześniej polecieć na misje albo po prostu mógłbym działać w Polsce na ich rzecz – mówi Radosław.

Formacja, o której mówi wolontariusz, odbywa się w trakcie roku akademickiego we Wrocławiu. – Spotykamy się w każdą środę. Jest modlitwa, formacja intelektualna, przyjeżdżają do nas doświadczeni misjonarze. Staramy się popularyzować ideę misji. Jeździmy do różnych parafii, opowiadamy o naszych działaniach. Zbieramy też pieniądze na rzecz wsparcia misjonarzy i wolontariuszy. Pracy jest sporo, bo misje mają duże potrzeby. Nasz wolontariat wpiera placówki m.in. w Sudanie Południowym, Kamerunie, Syrii, Indiach. Prosimy więc o modlitwę, bo bez niej nic byśmy nie mogli zdziałać, ale również o wsparcie finansowe, które jest potrzebne, by nasze placówki mogły pomagać – mówi Radosław.