Krzysztof i jego różańce

Jakub Zakrawacz

|

Gość Legnicki 25/2020

publikacja 18.06.2020 00:00

Dzięki nietypowej pasji trzeźwy alkoholik stara się pomóc córce.

Na paciorkach Krzysztofa Bartosiewicza modlą się ludzie w całej Polsce i nie tylko. Na paciorkach Krzysztofa Bartosiewicza modlą się ludzie w całej Polsce i nie tylko.
Jakub Zakrawacz /Foto Gość

Krzysztof Bartosiewicz nie pije już od 21 lat. Uwolniony z nałogu, postanowił w specyficzny sposób dawać świadectwo Boskiej pomocy po całej Polsce. Jeszcze głębszy sens jego apostołowaniu nadała choroba córki Agnieszki.

Alkohol

Krzysztof był alkoholikiem przez 30 lat. Dwukrotnie rzucał picie, za każdym razem jednak wracał do nałogu.

– Pierwsze trzeźwienie rozpoczęło się od przyjazdu Jana Pawła II do Legnicy w 1997 roku. Po Mszy św. z jego udziałem nie tknąłem alkoholu przez rok. Potem pojechaliśmy z żoną na wakacje i znowu się zaczęło… Przy ostatnim zapiciu żona nie wytrzymała. Dopiero po kilku latach powiedziała mi, że pojechała wtedy na spowiedź do ks. Mariana Kopko, któremu wyznała, że chce się ze mną rozwieść. Kapłan wyszedł z konfesjonału, przytulił ją i powiedział: „Zastanów się”. Pół roku później poszedłem na terapię. Żona uratowała mnie i nasze małżeństwo – wspomina Krzysztof. – Pracowałem wtedy jako ochroniarz, to wiązało się z licencją na broń. Bałem się, że kiedy moje leczenie wyjdzie na jaw, zostanę zwolniony. Zamiast zwolnienia otrzymałem jednak pochwałę i byłem podawany jako przykład dla kolegów – wspomina K. Bartosiewicz.

Pan Krzysztof do dziś uczęszcza na spotkania Anonimowych Alkoholików. Sam założył w Legnicy aż trzy grupy AA: dwie w parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski, a jedną w kościele pw. św. Jacka. Przy tym ostatnim od 15 lat odbywa się Kaczawska Trzeźwościowa Droga Krzyżowa, której jest inicjatorem. Raz do roku uczestniczą w niej osoby uzależnione od alkoholu, współuzależnieni oraz ich rodziny. Historia trzeźwości Krzysztofa sprawia, że do dziś zgłaszają się do niego ludzie, którzy potrzebują pomocy, a wstydzą się jeszcze otworzyć przed wspólnotą.

Różańce

– Pewnej nocy zbudziłem się ze słowami: „Zrób coś!”. Miałem w domu zepsutą matę samochodową i pomyślałem, że szkoda by było ją zmarnować. Wpadłem na pomysł, by z kulek tworzących matę stworzyć różaniec – mówi pan Krzysztof, który od tamtej chwili własnoręcznie wykonał już ok. 3 tys. dużych i 800 małych różańców. – Nigdy nie potrafiłem siedzieć bezczynnie. Chciałem też w jakiś sposób podziękować Bogu za moją trzeźwość, stąd pomysł, by nieść przesłanie trzeźwości po całej Polsce – mówi.

Swoimi różańcami zaczął obdarowywać innych. – Postanowiłem, że otrzymają je wszyscy polscy biskupi, ale nie tylko – pan Krzysztof pokazuje podziękowania od papieży Benedykta XVI, Franciszka, ale również z kancelarii obecnego prezydenta RP i premiera, Trubadurów oraz Anny Dymnej.

Twórca różańców nie spodziewał się jednak, że życiowa pasja może w przyszłości pomóc jego rodzinie.

Choroba córki

– 10 lat temu Agnieszka wylądowała w szpitalu. W pracy zaczęła boleć ją ręka. Ból był tak silny, że krzyczała. Straciła czucie w jednej ręce, następnie w drugiej. Później w nogach. Została zawieziona do legnickiego szpitala, w którym, dzięki Bogu, znalazł się ostatni zastrzyk zapobiegający dalszemu rozprzestrzenianiu się wirusa – tłumaczy pan Krzysztof, który dodaje, że córka przeszła później specjalistyczne badania wykluczające chorobę genetyczną. – Jej przypadek był w pierwszy w Polsce. Dziś są już kolejne osoby z tymi samymi objawami, ale dalej nie wiadomo, co to jest. – Rozmawialiśmy z jednym z profesorów. Powiedział: „Możecie szukać przyczyny, ale nic to nie da. Wirus jest jak wicher, przychodzi, narobi szkód i znika” – wspomina pan Krzysztof.

Jego córka nie traci nadziei. – Pewnego dnia powiedziała mi: „Tato, a co mam zrobić? Mam płakać? Co mi to da? Załamię się i to dopiero będzie koniec”. Dziś, dzięki specjalnemu urządzeniu, jest w stanie komunikować się przez internet z ludźmi z całego świata. Ciągle się uśmiecha. Znalazła w internecie informacje o trzech mężczyznach, którym po 10 latach choroby udało się wstać z łóżka o własnych siłach – mówi pan Krzysztof.

Państwo Bartosiewiczowie mają teraz jednak kolejny problem. – W domu Agnieszki psuje się piec gazowy. Już wcześniej otrzymywaliśmy wiadomości od gazownika, że po tylu latach powinno się go wymienić. Ostatnio jednak nasze obawy jeszcze mocniej się nasiliły. Córka ma w mieszkaniu zamontowane czujniki. Jeden z nich zaczął ostatnio wyć. Przyszedł specjalista, który chwilowo rozwiązał problem, jednak ostrzegł, że przy takiej niepełnosprawności córki niezbędne jest kupno specjalnego pieca.

Krzysztof nie chce siedzieć z założonymi rękami, więc dalej wykonuje różańce, z których dochód przeznacza na zakup pieca. Deklaruje również wysyłanie różańców pocztą. – Liczy się każda złotówka i za każdą jesteśmy wdzięczni – mówi.

Agnieszkę Bartosiewicz można wspierać, wysyłając darowizny lub przekazując 1 proc. podatku.