Im surmy bojowe nie grają

Roman Tomczak

|

Gość Legnicki 16/2013

publikacja 18.04.2013 00:00

Historia. To była najkrwawsza bitwa żołnierza polskiego podczas II wojny światowej. Mimo to trudno dziś szukać wyczerpujących opracowań na jej temat.

 Grupa żołnierzy 27. Pułku Piechoty chwilę po zajęciu Nochten, kwiecień 1945 r. Grupa żołnierzy 27. Pułku Piechoty chwilę po zajęciu Nochten, kwiecień 1945 r.
Narodowe Archiwum Cyfrowe

W PRL o szlaku bojowym II Armii Wojska Polskiego mówiło się mało i wyjątkowo oszczędnie. Nic dziwnego, bo nie było się czym chwalić. Sformowana w znacznej mierze z wcielonych pod przymusem małorolnych chłopów, słabo uzbrojona, niewyszkolona i fatalnie dowodzona armia otrzymała zadanie ponad jej siły – miała osłaniać od południa uderzenie na Berlin całego radzieckiego frontu, dowodzonego przez gen. Rokossowskiego. Żeby wykonać ten rozkaz, trzeba było pokonać potężnie ufortyfikowaną Nysę Łużycką. Nikt nie wie dokładnie, ilu żołnierzy poległo w tej bitwie, bo dane wciąż są niepełne. W części wynika to z niewytłumaczalnej niechęci polskich historyków do nadrobienia zaległości i podjęcia tego tematu po roku 1989. Z tego powodu próżno dziś szukać na ten temat opracowań, relacji, wspomnień. Szkoda. Szkoda tym większa, że ten epizod dziejów współczesnego oręża polskiego dotyczy regionu nam bardzo bliskiego. We wtorek 16 kwietnia w wielu miejscowościach diecezji legnickiej rozpoczną się uroczystości 68. rocznicy forsowania Nysy Łużyckiej.

Dyletanci w dowództwie, akowcy w szeregach

Front Białoruski szedł prosto na Berlin. W jego składzie była I Armia Wojska Polskiego – przyszły zalążek socjalistycznych, polskich sił zbrojnych. Na południe od niej operował 1. Front Ukraiński, dowodzony przez marszałka Iwana Koniewa. W składzie frontu – II Armia Wojska Polskiego, dowodzona przez nieudacznika i dyletanta wojskowego gen. Karola Świerczewskiego. Jak mówi dr Daniel Koreś z Uniwersytetu Wrocławskiego, mało także mówi się o tym, że ogromny odsetek żołnierzy II Armii stanowili byli żołnierze AK, siłą wcieleni na wschodnich terenach II RP. – Miało to swoje konsekwencje w późniejszych walkach. Trudno było wymagać od akowców zaangażowania w walkę w szeregach obcego politycznie wojska, dowodzonego przez radzieckich oficerów. Więc tu słynnych z armii radzieckiej ataków piersią na gniazda karabinów maszynowych raczej nie było – mówi historyk. Zasadniczym celem działań II Armii była osłona lewego skrzydła frontu przed ewentualnym przeciwuderzeniem wojsk niemieckich z południa. – Z wojskowego punktu widzenia nie było to zadanie zbyt trudne – uważa ppłk Adam Madaliński, historyk wojskowości z Żagania. – Dowództwo II Armii zakładało łatwe i szybkie zdobycie Drezna. Nikt jeszcze wtedy nie przewidywał, że niemiecka obrona na Nysie Łużyckiej składa się z trzech linii fortyfikacyjnych oraz że z terenu Czechosłowacji wprost na polskie wojska podąża doskonale uzbrojona, wypoczęta i imponująca liczebnie armia gen. Hermanna von Oppeln-Bronikowskiego – ostatnia szansa Hitlera na odblokowanie Berlina.

Chłopi przeciwko weteranom

W marcu 1945 r. II Armię WP skierowano spod Gorzowa Wlkp. na Dolny Śląsk. Tam miała oblegać Wrocław, zamieniony przez Niemców w twierdzę. Jednak Rosjanie zrezygnowali z tego pomysłu i jednostkę przerzucono nad Nysę Łużycką. – Plan forsowania Nysy Łużyckiej opracował sam marszałek Koniew. Plan przewidywał, że zgrupowanie uderzeniowe II Armii miało sforsować rzekę i już pierwszego dnia wbić się kilkanaście kilometrów w głąb niemieckiej obrony. I tu pierwsza niespodzianka, bo na drodze zmęczonego i niedozbrojonego żołnierza polskiego stanęli świetnie uzbrojeni weterani z Korpusu Pancernego „Grossdeutschland”, Dywizji Grenadierów Pancernych „Brandenburg”, a częściowo także jednej z dywizji do zadań specjalnych – wylicza dr Daniel Koreś. Jednak o świcie 16 kwietnia 1945 r. pierwsze łodzie z żołnierzami polskimi znalazły się na Nysie Łużyckiej. Szybko osiągnięto drugi brzeg, ale później działania żołnierzy II Armii rozwijały się już bardzo wolno. – Około godziny 7 rano na zdobytym brzegu piechota ruszyła do przodu, natrafiając na morderczy ogień Niemców. Okazało się, że opuścili oni pierwszą transzeję obronną i ukryli się w schronach. Ta przykra niespodzianka była efektem fatalnego rozpoznania artyleryjskiego. Niekorzystny wpływ na wsparcie natarcia przez artylerię miało też postawienie przed frontem nacierających wojsk zasłony dymnej, bo wtedy artyleria nie mogła prowadzić ognia do nowo wykrytych celów – wyjaśnia historyk.

To nie Monte Cassino

Walki o drugi brzeg trwały trzy dni. – Polacy zapłacili za te trzy dni niewspółmiernie wysoką cenę – uważa ppłk. Adam Madaliński. – Według oficjalnych danych, podczas forsowania Nysy oraz później pod Budziszynem i Dreznem poległo prawie 5 tys. żołnierzy, jednak dane te są wciąż weryfikowane i poprawiane – zaznacza. Te późniejsze walki pod Budziszynem to nic innego jak krwawa jatka, jaką polskim żołnierzom, nieudolnie dowodzonym przez gen. Świerczewskiego (mówi się, że większość czasu był pijany) zgotowały oddziały Armii Środek pod Budziszynem i Armii Południe w okolicach Chróśćicy. Dr Koreś szacuje, że w całej operacji łużyckiej mogło zginąć od 7–8 tys. polskich żołnierzy, a rannych i zaginionych mogło być nawet 40 tys. Mimo tych strat operacja łużycka nie ma stałego miejsca w świadomości Polaków, tak jak inne wielkie bitwy polskiego żołnierza podczas II wojny światowej. – Tak wiele w polskiej historiografii mówi się o polskiej ofierze pod Monte Cassino jako jednym z najkrwawszych epizodów ostatniej wojny – mówi historyk. – Jednak tam w bezpośrednim natarciu zginęło 923 żołnierzy polskich. Dokładnej liczby tych znad Nysy nie poznamy już chyba nigdy.

Zaniedbania można jeszcze naprawić

Mimo tak wielkiej ofiary życia i wielkiego znaczenia, jakie II Armia WP odegrała w ostatecznym zwycięstwie w wojnie i zdobyciu Berlina, faktografia na temat szlaku bojowego tej ogromnej jednostki jest więcej niż uboga. Nie można doszukać się nie tylko opracowań monograficznych (najczęściej cytowane są tylko dwa, oba z końca lat 70., autorstwa Kazimierza Kaczmarka), ale nawet archiwalnych fotografii. – Te zdjęcia, należące kiedyś do Wojskowej Agencji Fotograficznej, zostały po prostu rozkradzione i posprzedawane. Sam znam osoby, które kupiły w ten sposób całe klisze fotograficzne. Jednak w oficjalnym obiegu nie ma prawie nic – mówi z żalem dr Koreś. Jak na lekarstwo jest także opracowań wspomnieniowych i relacji bezpośrednich świadków. – Ludzi, którzy brali udział w operacji łużyckiej jest z roku na rok coraz mniej. Sytuacja jest teraz taka, że łatwiej nam dziś napisać książkę o wydarzeniach sprzed 200 lat niż o forsowaniu Nysy Łużyckiej, bo z minionych epok mamy chociaż pamiętniki – zwraca uwagę historyk. Mimo wszystko uważa, że nadal nie jest za późno, żeby rozpocząć badania nad tym epizodem II wojny światowej. Problemem jest jednak nie tylko zebranie grupy naukowców zainteresowanych tematem, ale przede wszystkim zebranie funduszy na kwerendy archiwalne i badania w terenie. Być może o uzupełnienie tych dziejów powinna postarać się także strona niemiecka.

II Armia Wojska Polskiego

Utworzono ją w drugiej połowie 1944 r. na obszarze tzw. Polski lubelskiej. Od początku brakowało jej uzbrojenia, umundurowania i miejsca do zakwaterowania. Zdarzało się, że poborowi przez kilka tygodni służyli w cywilnych ubraniach i bez butów. Sprzęt i uzbrojenie napływały bardzo powoli i w niedostatecznych ilościach. Mimo tego w 1945 r. armia liczyła ok. 60 tys. żołnierzy, a po włączeniu w jej skład dwóch radzieckich brygad pancernych – nawet 90 tys. Armią dowodził gen. dyw. Karol Świerczewski – oficer radziecki urodzony w Polsce.