Readmitowani z raju

Jędrzej Rams

|

Gość Legnicki 30/2012

publikacja 26.07.2012 00:00

Społeczeństwo. Wystarczy krzyknąć: „Azyl, azyl!”, żeby związać ręce pogranicznikom. Tak zaczyna się zabawa w ciuciubabkę, której stawką jest lepsze życie.

 W biurze nigdy nie ma spokoju ani nudy. Zawsze są cudzoziemcy, którym trzeba pomóc W biurze nigdy nie ma spokoju ani nudy. Zawsze są cudzoziemcy, którym trzeba pomóc
Jędrzej Rams

Jest późne popołudnie. W cichym niewielkim biurze dzwoni telefon. Telefonują z posterunku Straży Granicznej. Znowu będzie transport. Bożena Jastrzębska z Centrum Pomocy Migrantom i Uchodźcom ze Zgorzelca, prowadzonego przez Caritas Diecezji Legnickiej, wstaje od biurka i już wie, co ma robić. Przecież reaguje na każdy taki telefon już od 1998 roku. Mimo pewnej rutyny wie, że każde takie spotkanie w siedzibie Straży Granicznej w Zgorzelcu jest inne.

Za każdym razem spotyka przecież innego człowieka, z inną historią i innym powodem determinacji w walce o lepsze życie. Każdego miesiąca zgorzelecka placówka Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej przejmuje średnio 10 cudzoziemców, readmitowanych z Niemiec. Dlaczego używamy tego trudnego słowa? Bo jest to specjalne oznaczenie trudnego i niewdzięcznego zadania, jakie przypadło w udziale Straży Granicznej. Chodzi o przejęcie wydalanych z Niemiec cudzoziemców przebywających tam nielegalnie. A dlaczego w ogóle ma to robić polskie państwo? Ponieważ obliguje go do tego konwencja genewska, umowy stowarzyszeniowe z Unią Europejską i regulacja Dublin 2. A tak w ogóle – podstawowe prawa człowieka.

Ciężko o azyl

Historia zaczyna się właściwie zawsze tak samo. Na polsko-białoruskie przejście graniczne w Terespolu przyjeżdża grupa cudzoziemców. Mają dokumenty uprawniające do wjazdu na teren Rzeczypospolitej Polskiej albo ich nie mają. Nie ma to znaczenia. – Obowiązkiem Straży Granicznej jest wylegitymowanie przybywających. Wystarczy, że w czasie kontroli legitymowani krzykną słowo „azyl”, i pogranicznicy muszą zacząć ich traktować jak uchodźców. Oczywiście chodzi o to, że trzeba wszcząć procedurę przyznania każdej z tych osób statusu uchodźcy bądź odmowy przyznania. A weryfikacja zawsze jest żmudna i długotrwała – opowiada st. chor. Sylwia Andrzejuk ze Straży Granicznej. W ten sposób cudzoziemcy dostają się na teren Polski, a co za tym idzie – Unii Europejskiej. Trafiają do półotwartych ośrodków dla cudzoziemców. Stąd prędzej czy później próbują dostać się za naszą zachodnią granicę. Nie jesteśmy dla nich atrakcyjnym krajem. Wolą uciekać do Niemiec, Francji czy Włoch. Oczywiście nielegalnie. Skoro potrafią pokonać tysiące kilometrów z Gruzji lub Czeczenii, to próbują dojechać do raju, który jest już dosłownie na wyciągnięcie ręki. – Jest w Zgorzelcu małżeństwo – on Czeczen, ona Rosjanka – które przez kilka lat nielegalnie żyło w Niemczech, ale zostało odesłane do Polski. Jeszcze w Niemczech pomagała im pewna Niemka. Zaufała im na tyle, że pożyczyła im sporo pieniędzy na wadium do TBS-u na wynajęcie mieszkania. Ciągle im pomaga. Procedury legalizacji pobytu przedłużają się, ale małżeństwo ma nadzieję na pozytywne rozwiązanie sprawy. Wtedy będą się starać legalnie wyjechać do Niemiec – opowiada Bożena Jastrzębska. Niemieckie procedury nadania obywatelstwa bądź zalegalizowania pobytu są bardzo skomplikowane. I to właśnie jest jedną z przesłanek, aby próbować legalizować pobyt na terenie Unii Europejskiej akurat w naszym kraju. Państwo polskie ma najwyższy współczynnik pozytywnie rozpatrywanych wniosków o azyl spośród wszystkich krajów Unii – ok. 65 proc. W pozostałych krajach współczynnik ten oscyluje wokół 30 proc. Z kolei nasze państwo ma najniższą średnią cudzoziemców na swoim terenie. Wyższy mają nawet Słowacja i Finlandia. Przyznanie statusu uchodźcy zależy od kilku czynników – sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej państwa, z którego pochodzą zatrzymani migranci, statusu materialnego poszczególnych osób, ich poglądów politycznych i ewentualnych prześladowań politycznych czy religijnych. I tak Czeczenom łatwiej było uzyskać ten status w połowie lat 90. XX w. i na początku XXI w. Niedawno, kiedy trwał konflikt rosyjsko-gruziński, taki status otrzymało sporo Gruzinów, ale obecnie nie ma za bardzo ku temu podstaw.

Nauczyliśmy się współpracy

Od 2004 r. obowiązuje nas układ z Schengen, zobowiązujący m.in. do zniesienia kontroli na punktach granicznych. Do tego dnia nielegalni cudzoziemcy próbowali przekraczać granicę na różne sposoby – w transportach samochodowych, czyli tirach, przez zieloną granicę, grupami bądź pojedynczo. W czasach Schengen mogą po prostu przejść „asfaltem”, jak w swoim slangu pogranicznicy określają bezproblemowy wjazd do Niemiec. Niemniej jest to nadal nielegalne. Prędzej czy później większość z nich i tak zostaje złapana w Niemczech. W ramach międzynarodowych regulacji muszą zostać cofnięci do kraju, w którym rozpoczęto procedurę weryfikacji statusu uchodźcy. Miejscami przekazywania uchodźców są Zgorzelec, Słubice oraz lotniska we Wrocławiu i Warszawie. I tutaj jest miejsce na działania Caritas. Zgorzeleckie biuro jest jednym z pięciu, które współprowadzi Caritas Polska. – Początkowo miałam postawione zadanie chodzenia i monitorowania przebiegu całej akcji. Czułam się nieswojo, bo kim ja byłam? Przychodziła jakaś kobieta, z jakiegoś Caritasu i patrzyła na ręce funkcjonariuszom Straży Granicznej. Dzisiaj to straż sama dzwoni z informacją, że wtedy i wtedy będzie transport takich a takich osób. Przyzwyczaili się i chyba nawet nauczyliśmy się współpracować. W sumie to ich trochę wyręczam, bo przynoszę jakieś jedzenie, pieluchy dla małych dzieci. W jakiś sposób jestem dla cudzoziemców gwarantem przestrzegania ich praw – opowiada Bożena Jastrzębska. Początkowo biuro było współfinansowane przez UNHCR, czyli biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. uchodźców. Od początku 2012 r. w Centrum Pomocy Migrantom i Uchodźcom w Zgorzelcu rozpoczęła się realizacja projektu „Indywidualny Plan Działania – integracja azylantów, cudzoziemców ze statusem i ochroną uzupełniającą poprzez kompleksowe doradztwo i pomoc prawną”. Projekt współfinansowany jest ze środków Europejskiego Funduszu na rzecz Uchodźców i budżetu państwa. Do zadań zgorzeleckiej placówki należą m.in. udzielanie porad prawnych dla uznanych za uchodźców, azylantom oraz cudzoziemcom posiadającym ochronę uzupełniającą, udzielanie poradnictwa socjalnego i rodzinnego. Placówka daje paczki żywnościowe, art. higieniczne, szkolne i edukacyjne, odzież, lekarstwa. Czasami może cudzoziemcowi kupić bilet PKP. W trakcie trwania tej edycji projektu dzieci uchodźców mogą skorzystać z dopłat do przedszkoli oraz integracyjnego wypoczynku letniego połączonego z nauką języka polskiego.

Zostali. I co dalej?

Do 2 lipca trwała w Polsce wielka akcja abolicyjna dla nielegalnych imigrantów. Łącznie do wojewodów trafiło ponad 9 tys. wniosków. Inicjatorzy przedsięwzięcia liczyli, że będzie ich dwa razy więcej. Skąd pomysł na abolicję? Każdy cudzoziemiec może posiadać prawo legalnego przebywania w naszym kraju. Może to być np. pozwolenie czasowe do chwili wyjaśnienia statusu czy otrzymania orzeczenia o statusie uchodźcy. Większość migrantów nie chce zostawać w Polsce. Uciekają na Zachód jeszcze przed zakończeniem procesu weryfikacji statusu. Wtedy sprawę się umarza. Kiedy cudzoziemiec wpada w ręce funkcjonariusza niemieckiej Służby Granicznej i jest deportowany do Polski, procedura zaczyna się od nowa. Jednak część z nich szuka szczęścia w Polsce. W ten sposób niejako znikają z oczu urzędnikom. Wiadomo, urzędnik rzadko sam szuka dla siebie dodatkowego zajęcia, policja nie kwapi się do szukania cudzoziemców, a Straż Graniczna nie jest w stanie być wszędzie. I właśnie dla takich zasiedziałych imigrantów ekonomicznych, którzy nie mają szans na uzyskanie statusu uchodźcy, była pomyślana abolicja. Przeprowadzono ją już dwa razy – w 2003 i 2007 roku. – Wraz z wyjściem z cienia otrzymywali do paszportu pieczątkę z decyzją o czasowym prawie pobytu. I była wszczynana procedura pozwolenia na przebywanie w Polsce. Nie chodziło już w tym momencie o status uchodźcy, lecz o pozwolenie na przebywanie. W końcu od kilku lat udawało im się tutaj żyć i pracować – opowiada st. chor. Sylwia Andrzejuk ze Straży Granicznej. Zanim zakończą się procedury, trzeba z czegoś żyć. Można mieszkać w ośrodku dla migrantów, można starać się pracować na czarno. Państwo polskie przez rok wspiera osoby z przyznanym statusem uchodźcy. A co później? – Często oni nie znają naszego języka, kultury, podstaw prawnych. W biurze pomagam im, jak mogę. Wypełniam dokumenty, wspieram w załatwianiu procedur w urzędach, udostępniam nawet internet czy pomagam w znalezieniu pracy – opowiada Bożena Jastrzębska. Podkreśla jednak, że część zasymilowanych cudzoziemców kończy u nas studia i podejmuje legalną pracę. Jest więc nadzieja.