W czwartek 1 października w kaplicy Domu Słowa zebrało się kilkadziesiąt osób, aby modlić się w ramach tzw. różańca misyjnego. Dlatego kolejne dziesiątki różańcowe wybrzmiały w innych językach: niemieckim, włoski, francuskim, polskim ale także - po ukraiński. Ten ostatni język pojawił się za sprawą gościa honorowego spotkania - s. Jonaszy Bukowskiej, elżbietanki pracującej na co dzień niedaleko Odessy.
Po modlitwie siostra opowiadała przede wszystkim o ludziach, których spotyka na co dzień: osobach ubogich, starszych, samotnych, uchodźcach wewnętrznych, żołnierzach i tych, którzy mimo trwającej wojny angażują się w pomoc.
Gdy rozpoczęła się wojna, przebywała w Polsce na rekolekcjach. Mimo niebezpieczeństwa zdecydowała się wrócić do Czarnomorska, gdzie została jej współsiostra. W pierwszych miesiącach pomagały ludziom uciekać z zagrożonych terenów, organizowały transport i przyjmowały pomoc humanitarną. Z czasem do klasztoru zaczęło przychodzić coraz więcej osób potrzebujących wsparcia.
Siostry zdecydowały się pozostać na miejscu również dlatego, że ich obecność dawała ludziom poczucie bezpieczeństwa i była dla nich duchowym oparciem. W pierwszych tygodniach, gdy brakowało kapłana, wierni gromadzili się w klasztornej kaplicy na modlitwie różańcowej i adoracji. Mimo alarmów przeciwlotniczych siostry trwały na modlitwie. Z czasem w parafii ponownie pojawił się kapłan.
Jednym z konkretnych dzieł sióstr stało się przygotowywanie posiłków dla potrzebujących. Początkowo na zupę przychodziło kilkanaście osób, dziś cztery razy w tygodniu przygotowywanych jest około 100 porcji. Pomoc trafia m.in. do bezdomnych, osób, które straciły pracę, samotnych seniorów i ludzi pozbawionych środków do życia.
Siostry wspierają również żołnierzy, szczególnie tych związanych z miejscową wspólnotą. Nie przekazują broni, ale dostarczają rzeczy potrzebne na co dzień: żywność, kawę, słodycze, środki higieniczne, medykamenty czy odzież termiczną.
S. Jonasza zwracała uwagę, że wojna to nie tylko ostrzały i zniszczone budynki. To także codzienność ludzi, którzy zimą mogą pozostawać bez prądu, ogrzewania, wody czy możliwości korzystania z windy. Szczególnie trudna jest sytuacja osób starszych i niepełnosprawnych, które często nie mają możliwości samodzielnego poradzenia sobie w takich warunkach.
W swoim świadectwie mocno podkreślała również znaczenie modlitwy. Różaniec stał się dla niej podczas alarmów i ostrzałów konkretnym znakiem zawierzenia Bogu. Mówiła o lęku, zmęczeniu i nieprzespanych nocach, ale jednocześnie o przekonaniu, że skoro ona i współsiostra nadal mogą być na miejscu i służyć ludziom, ich obecność ma sens.
S. Jonasza przekonywała, że wojna zmieniła jej spojrzenie na życie. Uczy wdzięczności za każdy kolejny dzień i przewartościowuje problemy, które z perspektywy pokoju mogą wydawać się bardzo ważne. Jej doświadczenie prowadzi także do pytań o własne życie: czy jesteśmy pojednani z ludźmi, czy potrafimy przebaczać, czy osoby wokół nas są dzięki nam szczęśliwsze i czy jesteśmy gotowi stanąć przed Bogiem.
Jej przesłanie nie ograniczało się więc do prośby o pomoc dla Ukrainy. Było przede wszystkim wezwaniem do modlitwy, pojednania, wdzięczności i dostrzegania człowieka obok siebie. Jak podkreślała, dla niej nie ma znaczenia, czy potrzebujący jest Ukraińcem czy Polakiem. „Dla nas jest człowiek, człowiek potrzebujący” – to jedno z najważniejszych zdań jej świadectwa.
Na zakończenie prosiła o modlitwę za swoją wspólnotę, za ludzi, którym służy, oraz za tych, którzy pomagają i dzięki którym siostry mogą nadal pozostać w Czarnomorsku.
S. Jonasza Bukowska z Czarnomorska
Gość Legnicki









