Kiedy bezduszny front atmosferyczny przewala się nad naszymi głowami, zalewając domy i ulice, grożąc dobytkowi zwykłych ludzi, na pomoc śpieszą im inni zwykli ludzie: sąsiedzi, strażacy, ochotnicy. Zabezpieczają wały, noszą worki z piaskiem, własnymi samochodami wożą ciężki sprzęt i kanapki dla walczących z żywiołem.
Na drugim miejscu są ci, dla których obrona zagrożonych ludzi i domów jest obowiązkiem: samorządowcy, wyspecjalizowane służby i... politycy. Ci sami, którzy tak lubią powtarzać, że dla nich liczy się najbardziej nasze dobro. Nasze, czyli tych, co w potrzebie. Pokazali nieraz, że jak im zależy na głosach, to potrafią pomóc.
Teraz w potrzebie są mieszkańcy nadrzecznych miejscowości. Ich domy, pola, domy, a czasami ich życie. Mam wrażenie (poparte doświadczeniem wszystkich poprzednich kampanii politycznych), że gdyby wybory do Europarlamentu odbyły się w nadchodzącą, a nie ubiegłą niedzielę, dla osób zagrożonych powodzią można by było zrobić wiele więcej. Bo to, że nie otrzymają dostatecznej pomocy, każe mi przypuszczać empiryczna wiedza, wywiedziona z poprzednich powodzi.
Synoptycy i sztaby antykryzysowe uprzedzają, że najgorsze nawałnice jeszcze przed nami i nikt, kto mieszka nad jedną z dolnośląskich rzek, od zagrożenia nie ucieknie. No, chyba, że jest politykiem z mandatem europarlamentarzysty w kieszeni.








