Nowy numer 44/2020 Archiwum

Wylęgarnia żółtych twardzieli

Pisklaki i zajączki od zawsze towarzyszą wielkanocnej stylistyce. Zwłaszcza kurczaczki, symbol nowego życia. Bezbronne i puchowe, wzbudzają w ludziach odruch ckliwości.

Z Zakładu Wylęgu Drobiu w Złotoryi, jedynym na terenie diecezji legnickiej, co roku do hodowców wyjeżdża kilka milionów małych kurek. Dopiero co wyklute stworzonka pojadą potem w daleki świat. Odbiorców mają w całej Polsce, ale także na Litwie, Łotwie i Białorusi. – Te małe kurki mogą nic nie jeść i nie pić przez kilkadziesiąt godzin transportu, bez szkody dla nich samych. Mają w sobie żółtko z jajka, więc głodne na pewno nie są – tłumaczy Aleksandra Mąka, zastępca kierownika w złotoryjskich zakładach.

Cuda i technologia

Jednak zanim kurki dojadą do hodowców, zanim kilka najbardziej fotogenicznych trafi na wielkanocne kartki, w wylęgarni ma miejsce zdarzenie z pogranicza cudu i technologicznego zaawansowania. Z jajka, które przecież mogłoby najzwyczajniej trafić na patelnię, na oczach pracowników rodzi się nowe życie. Cud życia. – Rzeczywiście, trudno oprzeć się takim myślom, nawet jak się tu pracuje kilka lat – mówi Przemysław Jaźwa, mistrz produkcji w złotoryjskiej wylęgarni. Bo z jednej strony zaawansowana technika, pozwalająca zapewnić jajom warunki co najmniej jak u mamy kwoki, z drugiej – jakiś rodzaj ciepłych emocji, które towarzyszą całemu procesowi od chwili przywiezienia jajek do zakładu. – Ta praca wymaga wielkiej odpowiedzialności. W procesie wylęgania wystarczy jedna dziesiąta stopnia za dużo, żeby zarodek zaczął rozwijać się zbyt wcześnie. Wtedy kurczak nie przyszedłby na świat. A my bierzemy odpowiedzialność za nie wszystkie. Od chwili, kiedy są jeszcze zarodkami – mówi Przemysław Jaźwa.

Jak u kwoki

Firma korzysta z jaj z własnych hodowli na Opolszczyźnie. Stada reprodukcyjne dostarczają co tydzień setki jaj, zapłodnionych przez koguty. To odróżnia je od jaj konsumpcyjnych. Dlatego od kogutów i ich kondycji zależy, czy jaja będą się nadawały do wylęgu. – Takie idealne powinno ważyć 53 gramy i mieć konkretny kształt: być lekko spiczaste u góry, okrągłe na dole. Chodzi o to, aby komora powietrzna była we właściwym miejscu i wystarczająco duża – tłumaczy Aleksandra Mąka. Gdy kura zniesie jajo, może być ono przetrzymywane w temperaturze 16–17 stopni Celsjusza przez nawet dwa tygodnie. W Złotoryi nigdy nie czeka się tak długo. Następnie jaja trafiają na 18 dni do aparatu lęgowego, gdzie stale kontrolowana temperatura ustawiana jest precyzyjnie na 37,7 stopnia Celsjusza. Taka jak u mamy. Czyli kwoki. Na koniec umieszczane są w aparacie klujnikowym. Nazwa, wywołująca uśmiech na twarzy, bierze się od słowa kluć, wykluwać się. To tutaj ma miejsce cud narodzin nowego życia. Pisklaki potrzebują na to dokładnie 2,5 doby.

Czy śpi z nami pilot?

– Te, które wyklują się najwcześniej, nazywamy pilotami. Pilot ma tę niekomfortową sytuację, że musi zaczekać na ostatnich maruderów. W tym czasie kurczaki śpią nawet kilkanaście godzin – śmieje się Aleksandra Mąka. Dzięki opiece pracowników wylęgarni, ale także zaawansowanej technice i restrykcyjnym przepisom higienicznym na świat przychodzą piękne i zdrowe pisklęta. Mniej więcej po połowie kogutów i kurek. – Koguty łatwo rozpoznać, bo są żółte, a kurki brązowawe – wyjaśniają pracownicy wylęgarni. Do skrzynek pakowane są osobno. Koguty do pomarańczowych, kurki do białych. A później już tylko poranny załadunek i... jazda w świat! Dla obserwatora z zewnątrz – trudna i niebezpieczna. Jednak Przemysław Jaźwa zapewnia, że te maleństwa doskonale sobie radzą w transporcie. – Te małe kurczaczki to prawdziwi twardziele – zapewnia. Rzeczywiście – cały czas rozćwierkane i żywotne, choć jeszcze przed kilkoma godzinami zamknięte w ciasnej skorupce. Teraz przed nimi daleka droga. Taka podróż życia...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama