Nowy numer 48/2020 Archiwum

Im surmy bojowe nie grają

Historia. To była najkrwawsza bitwa żołnierza polskiego podczas II wojny światowej. Mimo to trudno dziś szukać wyczerpujących opracowań na jej temat.

To nie Monte Cassino

Walki o drugi brzeg trwały trzy dni. – Polacy zapłacili za te trzy dni niewspółmiernie wysoką cenę – uważa ppłk. Adam Madaliński. – Według oficjalnych danych, podczas forsowania Nysy oraz później pod Budziszynem i Dreznem poległo prawie 5 tys. żołnierzy, jednak dane te są wciąż weryfikowane i poprawiane – zaznacza. Te późniejsze walki pod Budziszynem to nic innego jak krwawa jatka, jaką polskim żołnierzom, nieudolnie dowodzonym przez gen. Świerczewskiego (mówi się, że większość czasu był pijany) zgotowały oddziały Armii Środek pod Budziszynem i Armii Południe w okolicach Chróśćicy. Dr Koreś szacuje, że w całej operacji łużyckiej mogło zginąć od 7–8 tys. polskich żołnierzy, a rannych i zaginionych mogło być nawet 40 tys. Mimo tych strat operacja łużycka nie ma stałego miejsca w świadomości Polaków, tak jak inne wielkie bitwy polskiego żołnierza podczas II wojny światowej. – Tak wiele w polskiej historiografii mówi się o polskiej ofierze pod Monte Cassino jako jednym z najkrwawszych epizodów ostatniej wojny – mówi historyk. – Jednak tam w bezpośrednim natarciu zginęło 923 żołnierzy polskich. Dokładnej liczby tych znad Nysy nie poznamy już chyba nigdy.

Zaniedbania można jeszcze naprawić

Mimo tak wielkiej ofiary życia i wielkiego znaczenia, jakie II Armia WP odegrała w ostatecznym zwycięstwie w wojnie i zdobyciu Berlina, faktografia na temat szlaku bojowego tej ogromnej jednostki jest więcej niż uboga. Nie można doszukać się nie tylko opracowań monograficznych (najczęściej cytowane są tylko dwa, oba z końca lat 70., autorstwa Kazimierza Kaczmarka), ale nawet archiwalnych fotografii. – Te zdjęcia, należące kiedyś do Wojskowej Agencji Fotograficznej, zostały po prostu rozkradzione i posprzedawane. Sam znam osoby, które kupiły w ten sposób całe klisze fotograficzne. Jednak w oficjalnym obiegu nie ma prawie nic – mówi z żalem dr Koreś. Jak na lekarstwo jest także opracowań wspomnieniowych i relacji bezpośrednich świadków. – Ludzi, którzy brali udział w operacji łużyckiej jest z roku na rok coraz mniej. Sytuacja jest teraz taka, że łatwiej nam dziś napisać książkę o wydarzeniach sprzed 200 lat niż o forsowaniu Nysy Łużyckiej, bo z minionych epok mamy chociaż pamiętniki – zwraca uwagę historyk. Mimo wszystko uważa, że nadal nie jest za późno, żeby rozpocząć badania nad tym epizodem II wojny światowej. Problemem jest jednak nie tylko zebranie grupy naukowców zainteresowanych tematem, ale przede wszystkim zebranie funduszy na kwerendy archiwalne i badania w terenie. Być może o uzupełnienie tych dziejów powinna postarać się także strona niemiecka.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama