• facebook
  • rss
  • Nikt nie jest nieśmiertelny

    Jędrzej Rams Jędrzej Rams

    dodane 29.11.2017 08:52

    Tomasz Zblewski rok po tragedii w ZG "Rudna" pisze, jak wyglądało to jego oczami. Był tam, na dole, gdy ginęli jego koledzy.

    Dokładnie przed rokiem tuż po 21.00 w rejonie oddziału górniczego G-23 doszło do wielkiego wstrząsu górotworu z Zakładach Górniczych "Rudna" należących do KGHM Polska Miedź S.A. Zawał wystąpił w komorze maszyn ciężkich. Zginęło wówczas 8 górników z Głogowa, Polkowic i Bolesławca, a 21 zostało rannych.

    Pisaliśmy o tym tutaj:

    Wśród rannych był Tomasz Zblewski. Rok po tragedii opisał tamte wydarzenia na swoim profilu na Facebooku. Pozwolił nam opublikować swoje wspomnienia. Oto one:

    29.11.2016 r.

    Bogowie! Jak bardzo nie chciało mi się iść do pracy. Rozłożyła mnie gorączka, bolały wszystkie mięśnie, na przedramieniu miałem świeży tatuaż. Słuchanie audiobooka w kabinie, na mp3, przestało pomagać. Gdybym miał siłę, pojechałbym do lekarza do Lubina. Normalnie brak mocy. - W maszynie się wypocę - pomyślałem. - Wyłączę klimę, będzie dobrze, nie raz tak robiłem i pomagało - główkowałem dalej. - Dobrze, że to koniec tygodnia. W sobotę i niedzielę odpocznę - pocieszałem się.

    W górniczej łaźni byłem jak zwykle pierwszy. Nie lubiłem przyjeżdżać na ostatnią chwilę. Przed pracą, spokojnie, wolałem się przebrać, posiedzieć, skupić się, pomyśleć. Dziewczyny na lampowni śmiały się non stop, że jestem pierwszy. - Dla Rudnej wszystko - odpowiadałem z uśmiechem. Przebierałem się jak połamany, odzywał się każdy mięsień, gorączka robiła swoje. Facet chory na grypę, albo przeziębiony, jest normalnie umierający i tak właśnie się czułem.

    Pobrałem lampę, aparat ucieczkowy i z butelką gazowanej wody mineralnej usiadłem na ławce. Oparłem się plecami o ścianę, zdjąłem hełm i było mi dobrze. Zaczęli schodzić się ludzie, którzy tak jak i ja mieli nocną zmianę. Wymieniali puste butelki na pełne, bez wody się nie da. Pomimo tego, że u góry, na powierzchni, był mróz, pod ziemią jest zawsze cieplutko. Czasem aż za.

    Wszędzie słychać śmiechy, rozmowy. Kilkudziesięciu ludzi znających się po kilka, czasami kilkanaście lat rozmawia ze sobą o wszystkim i o niczym. Docinki, żarty, naśmiewanie się. Przyjacielskie, nieszkodliwe. Zaraz jedziemy kilometr pod ziemię i lepiej w przyjaznej atmosferze. Przyszli goście z mojej brygady. Na dół jedziemy drugą klatką, mamy więc jeszcze trochę czasu. Śmiejemy się. Zaczynam mieć nadzieję, że ta dniówka szybko zleci i szybko wrócę do domu, a jeszcze szybciej wskoczę pod ciepłą kołdrę. Nasza kolej na zjazd. Idziemy. Lampa sprawdzona, działa. Jakbym nie patrzył, to moje życie, światło. To nawyk, który wpoił mi kiedyś stary górnik znający się na robocie, jakieś dwadzieścia lat temu.

    Potrąciłem kogoś, przepraszam i odwracam się z uśmiechem. To kolega, też ratownik, jesteśmy razem w sekcji wysokościowej. Uśmiecha się tak zaraźliwie, troszkę razem przeżyliśmy. Robert, bo tak ma na imię, jest dla mnie wzorem, pomimo tego, że pracujemy prawie tyle samo lat na dole, jako ratownik jestem dla niego młody stażem, o doświadczeniu nawet nie mówię. - Nieśmiertelny Robercik - pomyślałem.

    Wchodzimy do klatki. Zwiększony przepływ powietrza jest na tyle silny, że potrafi zerwać kask z głowy. Trzeba uważać. Dwa piętra. Po około czterdziestu ludzi na każdym. Robert staje za moimi plecami i mówi coś, jakaś zabawna historyjka. W opowiadaniu niestworzonych, ale jednak prawdziwych zdarzeń, też jest niesamowity. Dwie minuty później, poziom tysiąc sto dwadzieścia metrów. Wyruszamy autami na podział pracy. Do komór, w których czekają na nas nasze maszyny. - Szczęść Boże! Trzymaj się! - krzyczę do Robercika. Już się nie zobaczymy. Zawsze wyjeżdża ostatni, praca jest dla niego wszystkim, tak jak i ratownictwo. To naprawdę wzór do naśladowania dla każdego młodego ratownika. Sztygar mechaniczny przydzielił mi maszynę, którą pojadę. To "duży e-lkap". Dzisiaj będę woził urobek "solo", bez ładowania na wozy, bezpośrednio na "kratę". Czuję każdy mięsień, wszystko mnie boli, ledwo łażę, miałem iść do lekarza. Pewnie bym poszedł, gdyby nie ogromna kolejka i moja awersja do stania w niej. Jeszcze tylko sprawdzę maszynę. Fajnie by było, gdyby ktoś pomógł mi do niej wsiąść, nie mam siły, kiedy tylko posadzę swój tyłek na fotelu operatora, wyłączę "klimę", zacznę się pocić i powinienem szybko do siebie dojść. Jadę. Łeb mi pulsuje.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół