• facebook
  • rss
  • Dziś robią sobie ze mną zdjęcia

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 22/2017

    dodane 01.06.2017 00:00

    Bohaterem nie jest dlatego, że w walkach z ubekami był kilkukrotnie ranny. I nie dlatego, że skazano go łącznie na 14 lat w więzienia, ale dlatego, że pamiętał o swoim dowódcy.

    Zygmunt Pękała, 90-letni lubinianin, czas spędza głównie na swojej działce. Kocha przyrodę. Nie może być inaczej, skoro wychował się na wsi, pod zieloną Włodawą. Dzisiaj to wschodnie rubieże Polski. Przed wojną – centrum kraju. Ta właśnie wojna przerwała jego młodość. W 1943 r., w wieku 16 lat, wstąpił do partyzantki.

    – Przeszedłem wojskową leśną szkołę i otrzymałem stopień kaprala. Otrzymałem pseudonim „Śmiały”. Wtedy zaczęło się dziać. Jednym z zadań było napadnięcie na miejscowy urząd, by spalić ewidencje rolne. Tak, by Niemcy nie zorientowali się, kto ile ma, i żeby utrudnić im ściąganie obowiązkowych kontyngentów od chłopów – opowiada kombatant. Szybko przyszedł jednak drugi front walki – z Sowietami. – W drugim lesie stał radziecki oddział. Zabili dwóch naszych. Nie wiadomo, dlaczego. Ale zabijali coraz częściej – wspomina pan Zygmunt. Gdy front doszedł do Lublina, Rosjanie masowo rozbrajali polskie oddziały partyzanckie. Niepokornych aresztowali. Był wśród nich „Śmiały”. Dostał pierwszy wyrok – 5 lat, odsiedział jednak niewiele. Objęła go amnestia i w marcu 1947 r. był już na wolności. Miesiąc później zameldował się u por. Józefa Struga „Ordona”, który był już wtedy legendą w powiatach włodawskim i chełmskim. Zaczęły się wielkie obławy na jego grupę. 27 lipca 1947 r. kilkuset żołnierzy Wojska Polskiego okrążyło ich niedaleko Woli Wereszczyńskiej. Uciekli we trzech. Po drodze mjr Pękała został trafiony kilka razy, ale zdołał się wyrwać. „Ordon” nie miał tyle szczęścia. Następnego dnia wszystkie większe gazety pisały o sukcesie i „likwidacji leśnego bandyty”. Propaganda nie szczędziła najgorszych słów pod adresem „Ordona”, na którym skupiła się cała wściekłość władz komunistycznych za dotkliwe straty, których był współsprawcą. Dość wspomnieć o zasadzce, w której zginęło kilku milicjantów i rosyjski wojskowy dowódca, czy likwidacji współpracowników komunistycznej władzy. Zygmunt Pękała wpadł 10 sierpnia. Dostał kolejny wyrok – tym razem 7 lat. Zaczął „zwiedzać” polskie więzienia. Od słynnej katowni UB na Zamku Królewskim w Lublinie, przez placówki w Sztumie i obozy pracy przy kopalniach Knurów i w Wilkowie koło Złotoryi... – Zabrali mnie, by przenieść do kolejnego więzienia. Zerknąłem na moje dokumenty. Czerwonym atramentem na górze było napisane: „Szczególnie niebezpieczny dla Polski ludowej” – opowiada major Pękała. Trafił tym razem do Wrocławia. Tam 20-kilkuletni chłopak został umieszczony w izolatce – na 14 miesięcy. Jednak nadzorcom było mało, więc umieścili go w celi, do której nie dochodziło słońce. Gdy już został zwolniony na mocy kolejnej amnestii (tym razem siedział w Strzelcach Opolskich), wyjechał do Złotoryi. Tam ułożył sobie życie. Jednak ostatnie chwile „Ordona” były przez cały czas dla niego niczym niezamknięty rozdział w jego życiu. W okolicach miejsca, gdzie zabito „bandytę Ordona”, przez cały okres PRL stał tylko jeden pomnik. Ten ku czci „bohaterskich utrwalaczy władzy ludowej”, którzy padli w zasadzce zorganizowanej przez Struga. Jednym z poległym był miejscowy komendant wojenny NKWD. Kilkadziesiąt lat milczenia o swoim dowódcy Zygmunt Pękała przerwał w 1990 roku. Przeszedł wówczas na emeryturę, a wiatr zmian zdmuchnął socjalizm z piedestału. Pojechał więc pod Włodawę. Jeździł i szukał odpowiednio dużego głazu, by postawić go tam, gdzie zginął jego dowódca. Z kolegami znalazł właściwy kamień, zaniósł do rzemieślnika od nagrobków i postawił w miejscu pamięci. Stoi on tam do dzisiaj. Jeździ tam co roku i odwiedza groby innych zabitych towarzyszy broni. Kto inny miałby to robić? Z oddziału „Śmiałego” żyje ich tylko dwóch. A było prawie 400. Niedawno major wrócił spod Włodawy. Odwiedzał szkoły, brał udział w obchodach majowych. – Dzisiaj robią sobie ze mną zdjęcia. Nie ze współczesnymi żołnierzami. Podchodzą do mnie. Pamiętam, raz na uroczystościach składano kwiaty. Przy pomniku partyzantów było ich całe mnóstwo. Obok pomnika gen. Świerczewskiego – jedna róża. Ja? Bohater? Eee tam. Tak trzeba było. Wiedzieliśmy, kim są Sowieci i polscy komuniści. Inaczej się nie dało – macha ręką.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół