• facebook
  • rss
  • Wykluczyć wykluczenie

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 46/2015

    dodane 12.11.2015 00:00

    Bezdomni. – Przypominają sobie o nas, gdy zaczynają się mrozy. A my przecież pracujemy cały czas – mówi kierowniczka jeleniogórskiego schroniska.

    Na pierwszej linii frontu wśród fachowców wyszukujących bezdomnych po gruzowiskach i obskurnych, zapuszczonych mieszkaniach jest Katarzyna Ryś. Młoda, może trochę nieśmiała dziewczyna. I to ona wchodzi w najciemniejsze zakamarki stolicy Karkonoszy, by odszukiwać tych, którzy z różnych powodów wstydzą się lub boją poprosić o pomoc.

    – Jako streetworker pracuję już czwarty rok. Czy można się przyzwyczaić do takiego zajęcia? Samo chodzenie przez cztery godzinny dziennie, gdy zapada już zmrok i robi się zwyczajnie zimno, nie jest trudnością. Ale są problemy natury emocjonalnej. Można wysiąść psychicznie, gdy widzi się warunki, w jakich potrafią przebywać ci ludzie, bo nazwanie tego „mieszkaniem” było by bardzo, ale to bardzo na wyrost – mówi Katarzyna Ryś. – Przeżywam to zwłaszcza, gdy spotykam mieszkańców naszego ośrodka. Gdy wiem, że są chorzy, a wolą pić alkohol na ulicy niż przyjść do nas po pomoc.

    Tyle miejsc, ile trzeba

    – Streetworking (tzw. pedagogika ulicy – red.) sprawdził się. Startujemy w połowie października i kończymy w marcu. Pracownicy wychodzą na miasto między 16.00 a 20.00. Wyszukują ludzi. Często są to klienci, którzy u nas już byli – mówi Bogusław Gałka, prezes jeleniogórskiego koła Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Od pierwszych dni listopada w patrolach biorą też udział funkcjonariusze jeleniogórskiej Straży Miejskiej. Katarzyna nie boi się, że umundurowani towarzysze patrolu spłoszą osoby bezdomne. – Ludzie ze środowiska mnie znają. Nie mam problemu z nawiązaniem kontaktu. Mamy nadzieję, że dzięki naszej współpracy Straż Miejska pozna niektóre miejsca przebywania bezdomnych, a może i my się czegoś od nich dowiemy – mówi street- workerka. Dziewczyna, mimo że jest zmęczona porażkami i tym, że niektórzy mieszkańcy schroniska odchodzą, widzi sens takiego „łowienia”. – Sukcesy budują i się udaje. 15 października zaczęliśmy nowy sezon i już są osoby, które przyszły za moją namową. Niewiele, ale to jednak jest coś – mówi. W diecezji legnickiej istnieje kilka schronisk, ogrzewalni i noclegowni dla osób bezdomnych. Jednym z większych, o ile nie największym, jest to jeleniogórskie prowadzone przez tamtejsze koło Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Mieszka tam teraz ponad 60 osób. Ile miejsc jest przygotowanych? Najczęściej pada odpowiedź, że tyle, ile będzie potrzeba. Bo przecież nie wyrzuci się osoby bezdomnej na kilkunastostopniowy mróz. A mierzyć się z tym problemem trzeba codziennie. Pokazuje to chociażby nakaz wstrzemięźliwości od alkoholu, jaki obowiązuje w noclegowni i schronisku. – Nie mieliśmy takiego miejsca, gdzie można by pozwolić posiedzieć do rana osobie „po spożyciu”. To był dla nas wielki dylemat moralny. Gdy był mróz i trafiał do nas podpity mężczyzna, mieliśmy problem. Bo zasady są zasadami i gdybyśmy wpuścili kogoś takiego na obiekt, złamalibyśmy jeden z ważniejszych punktów regulaminu. I jak wówczas moglibyśmy wymagać od pozostałych stosowania się do niego? Z drugiej strony: wypuścić na mróz takiego człowieka? Też nie mogliśmy. Dlatego jak w Lubinie pomoc dla bezdomnych zaczęła się od ogrzewalni, a po niej były noclegowania i schronisko, tak my dopiero do niej dochodzimy. Właśnie ją uruchamiamy – mówi Małgorzata Winiarska, kierownik schroniska.

    A boisz się dziadka?

    Praca w schronisku jest dynamiczna. Co chwila dzwoni telefon. To z pytaniem o możliwość przekazania ciuchów, to jedzenia. Nagle dzwonią pracownicy socjalni z Kowar. Jest u nich człowiek, stosunkowo młody, bez uregulowanego stosunku pracy, bez ubezpieczenia. Coś trzeba z nim zrobić, jakoś mu pomóc. Od razu. Takich przypadków w ciągu roku w jeleniogórskim Towarzystwie trafiają się dziesiątki. Ale każdy przypadek jest inny. – Mamy u siebie osoby, które dopiero co osiągnęły pełnoletniość. Naszym najstarszym mieszkańcem był zaś mężczyzna, który miał aż 86 lat. Taka różnica wieku ma wpływ na pracę z nimi – mówi Małgorzata Winiarska. – Osoby starsze, gdy się już u nas pojawiają, mają duże doświadczenie zawodowe, skomplikowane relacje rodzinne. Mają żony, dzieci, wnuki. Natomiast młodzi bardzo często pojawiają się tutaj zaraz po szkole, nawet bez ukończonej edukacji, po ośrodkach karnych, czasem z chorobami psychicznymi. Niejednokrotnie rodzina ich nie przyjęła. Są więc nieprzygotowani życiowo. Społeczeństwo ich wykluczyło i im się nie chce do niego wracać. Przeciwko temu wykluczeniu Towarzystwo pracuje już dzisiaj. Właśnie zakończył się projekt współtworzony z Jeleniogórskim Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych, w ramach którego odwiedzano wszystkie szkoły podstawowe i gimnazjalne. W schronisku Towarzystwa nawet 30–40 proc. podopiecznych to osoby niepełnosprawne. – Pokazujemy dzieciom osoby niepełnosprawne funkcjonujące w społeczeństwie. Przepisy w ustawach mówią o równouprawnieniu, ale do tego trzeba dążyć. Przepisy same się nie wprowadzą w życie. Muszą to robić osoby, które myślą o niepełnosprawnych jak o pełnoprawnych uczestnikach życia społecznego. Proszę sobie wyobrazić, że przez godzinę mówiliśmy z 6-latkami o niepełnosprawności. I dzieci naprawdę z nami rozmawiały. Dialog był mniej więcej taki:” „O, mój dziadek też nie ma nogi!”. „A boisz się dziadka?”. „Nie, nie boję się. Kocham go” – mówił Bogusław Gałka, przewodniczący JFOON.

    To będą trudne święta

    Nie tylko dla schorowanych i kalekich, ale tak naprawdę dla wszystkich pojawienie się w ośrodku jest początkiem szansy. Mogą, ale nie muszą z niej korzystać. – Staramy się stworzyć warunki, które są namiastką domu. W tak obszernym budynku, gdzie jest tyle pokoi, tyle pomieszczeń, gdzie cały czas zmieniają się ludzie, gdzie spotyka się tak wiele charakterów, nigdy nie można stworzyć atmosfery intymnej, domowej. Staramy się jednak stworzyć takie relacje, które może sprawią, że oni się otworzą, powiedzą o swoich problemach i bolączkach. To jest trudne – opowiada Małgorzata Winiarska. Przed nami Boże Narodzenie. Każde święta są bardzo ciężkim okresem w takich placówkach. – To są jedne z najtrudniejszych, ogromnie stresujących momentów. Święta przywołują zawsze wspomnienia. Myśli się o tym, co się miało albo czego nigdy się nie miało. Bywa, że ludzie nie przeżyli nigdy takich świąt, jakie my tu urządzamy. Zachęcamy panów, żeby szykowali je z nami. – Są też osoby, które nie chcą w tym uczestniczyć, bo jest to dla nich zbyt trudne. Ale są i takie, które zapraszają swoje rodziny. Nawiązywanie ponownych relacji nas cieszy, bo daje iskierkę nadziei na przyszłość. Może rodzina zechce ich jeszcze kiedyś przyjąć? W większości wypadków krewni wiedzą o bezdomności. Są tacy, którzy nie chcą mieć kontaktu z rodziną. Czują się wykluczeni. Oby się nie okazało, że niedługo ci chorzy i bezdomni, czyli najbardziej potrzebujący z potrzebujących, będą mieli problem z mieszkaniem w schronisku. – Ostatnia nowelizacja ustawy o pomocy społecznej mocno skomplikowała nam życie. Wprowadziła gminny standard wychodzenia z bezdomności. Zmusza wszystkie podmioty do wprowadzania określonych standardów. My musimy dobudować jedną toaletę. Nie ma jednak dosyć miejsca. Będziemy musieli też zatrudnić pracownika socjalnego – wymienia Bogusław Gałka. – Przerzucono część zadań MOPS-ów na podmioty takie jak my. To my odtąd będziemy podpisywać z nimi kontrakt na wychodzenie z bezdomności. Najistotniejszym zapisem jest jednak zakaz posiadania miejsc dla leżących. A na tę chwilę takich osób jest w naszej placówce aż 10. Oni potrzebują dializy, mają demencję, są bez nóg. I co z nimi? Na razie nie ma rozporządzeń do ustawy. Zobaczymy, kiedy nowy rząd je napisze. Wtedy będziemy myśleli, co robić dalej. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół