Nowy numer 16/2018 Archiwum

Musimy pójść znowu

O opowieści o Olivierze, dziwnych rysunkach na drzewach oraz o pielgrzymce z Antonim Alchimowiczem i jego córką Igą rozmawia Jędrzej Rams.

Jędrzej Rams: Komisja konkursu organizowanego przez europosła Kazimierza Ujazdowskiego uznała, że wasza praca jest najlepsza. O czym ona była?

Antoni Alchimowicz: Był to opis spotkania z Olivierem Pieczonką. Spotkaliśmy go po dojściu do Santiago de Compostela, kiedy ruszyliśmy w kierunku Przylądka Fisterra. To był pierwszy postój za Santiago. Usiedliśmy na odpoczynek, a on przechodził i jakoś nas zaczepił… Iga Alchimowicz: Usłyszał jak rozmawiamy i zapytał: Polacy? Powiedział to tak czystą polszczyzną, że myśleliśmy, iż to Polak. Ale nie, od razu przeszedł na angielski. Opowiedział nam swoją historię. Pochodzi z Francji, ale jego rodzice byli Polakami. Dość szybko umarli i trafił do rodziny zastępczej. Po wielu latach przeróżnych zajęć od Gwatemali przez Brazylię, usłyszał we śnie nakaz „idź i pielgrzymuj”. I tak ruszył kilka lat temu. Pielgrzymuje do dzisiaj po sanktuariach Europy. Był nawet w Polsce, gdzie odszukał swoją rodzinę.

Specjalnie wybraliście tę opowieść do konkursu?

A.A.: Tak naprawdę to nie my ją wybraliśmy, lecz żona. Na Camino byliśmy w zeszłym roku. W lokalnej „Gazecie Giebułtowskiej” zamieściliśmy cykl artykułów o naszej drodze. W „Gościu Legnickim” czytałem, że jest konkurs, ale jakoś nie pomyślałem, żeby cokolwiek wysyłać. Na dzień przed terminem nadsyłania prac, żona spytała, czy biorę udział. Ja nie miałem czasu na wybieranie zdjęć, historii, dlatego to ona bardzo pomoga. Trzeba było streścić ponad 5-stronicową opowieść z „Gazety”. No, i udało się. Wygraliśmy!

Spotkanie z Olivierem to największe przeżycie na całym szlaku św. Jakuba, który pokonaliście w Hiszpanii?

I.A.: Nie, zdecydowanie nie. Dla nas celem była droga. Przejście, dotarcie, omodlenie spraw. Spotkaliśmy wielu, bardzo wielu ciekawych ludzi. Wszyscy byli tacy sami jak my – w sytuacji „drogi”. Wędrowania, pozostawienia wszystkiego, co codzienne, poszukiwania. To jest taka dziwnie piękna wspólnota. Na Camino idzie się samemu. Ale już w schroniskach spotyka się co jakiś czas tych samych ludzi. Tak było np. z młodym Niemcem, który już pierwszego dnia miał ogromne bąble. Pomogliśmy mu z ranami i wytłumaczyliśmy, że nie przejdzie szlaku w ciężkich butach, które miał. Spotkaliśmy też dwóch księży ze Słowacji, dzięki którym kilka razy mogliśmy uczestniczyć w Eucharystii. A.A.: – Mówimy, że teraz musimy wrócić na Szlak św. Jakuba. Wszystko dlatego, że gdy doszliśmy do celu, okazało się, że główne wejście w katedrze, przez które przechodzą pątnicy, było akurat w remoncie. Śmiejemy się, że był to znak, że musimy tam wrócić. Mam marzenie, ale to już na emeryturze, żeby wstać, wyjść z Giebułtowa i dojść do Santiago de Compostela. Najpiękniejsze w drodze jest poświęcenie czasu na przemyślenia, na modlitwę. Na co dzień nie ma takiej możliwości.

A trudniej było przejść czy podjąć decyzję o wyjściu?

I.A.: Dojrzewaliśmy do decyzji, ale tylko kilka miesięcy. Sporo słyszeliśmy i czytaliśmy o pielgrzymowaniu do grobu św. Jakuba. Mój kolega był i opowiadał, jaka to wspaniała wyprawa. To mnie mocno zmotywowało. On był dla mnie takim „prawdziwym” pielgrzymem. Wstał i poszedł. Szedł bez pieniędzy, jadł to, co otrzymał, spał tam gdzie go przyjęli albo pod drzewem. A.A.: Słyszeliśmy o Camino z różnych źródeł. Zawsze pozytywnie. Pielgrzymowałem też na Jasną Górę, więc już doświadczenie z pielgrzymowania było. Gdy myślę o tym, że przeszliśmy camino, przypomina mi się historia sprzed dekady. Ja pracuję w Straży Leśnej. Jechałem z kolegą lasem i zobaczyliśmy, że a na drzewie przyczepione są jakieś dziwne niebieskie znaczki z żółtymi kreseczkami. „Pewnie motocykliści urządzający rajdy po lesie oznaczyli sobie trasę” – myśleliśmy. Zadzwonił do mnie miejscowy leśnik i pyta „co to za dziwne znaczki z kreseczek ułożone w półkole?”. Poszukaliśmy trochę i znaleźliśmy, że to oznaczenie polskiego Szlaku św. Jakuba. Wówczas praktycznie jeszcze nikt w Polsce nie znał pojęcia „Szlak św. Jakuba”.

A jak znajomi zareagowali na pomysł przejścia hiszpańskiego odcinka Szlaku św. Jakuba w miesiąc?

A.A.: Gdy już zdecydowaliśmy, że idziemy, opowiedziałem o tym w pracy i zbierałem od zainteresowanych intencje. Wpisywałem je w kalendarz na poszczególne dni. Podawali je także znajomi z pracy mojej żony. Zostałem wręcz zasypany intencjami! Otrzymałem ich tak wiele, że dzwoniłem do niektórych i przepraszałem, mówiąc że wpisuje ich razem z innymi na jakiś dzień. I.A.: Moi znajomi nie za bardzo się dziwili. Bardziej zaskoczeni byli tym, że idę z moim tatą. To chyba najbardziej mnie uderzyło, że oni mi jakby zazdroszczą dobrych relacji z tatą. A dla mnie one są naturalne.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma