• facebook
  • rss
  • Śmierć na pięć tygodni

    Janusz Skowroński

    |

    Gość Legnicki 36/2015

    dodane 03.09.2015 00:00

    Kiedy Roman Gierka trafił do obozu koncentracyjnego Groß-Rosen, był wrzesień 1944 roku. Miesiąc wcześniej w masowych aresztowaniach wpadło całe harcerstwo Szarych Szeregów w Obornikach Wielkopolskich.

    Roman Gierka został numerem 63859. Obóz był jak przedsmak piekła; zapamiętał psy, bicie. I biegiem, wszędzie biegiem. Potem na blok. Jak większość pracował w pobliskim kamieniołomie. Potem budował tzw. mały obóz oświęcimski, bo Niemcy w październiku planowali częściową ewakuację więźniów z Auschwitz.

    Bóg skały nosi

    Przez swój obozowy numer, błędnie zapisany na liście transportowej, 13 listopada trafił do podobozu Hartmannsdorf. Dziś jest to wieś Miłoszów koło Leśnej. Roman Gierka, księgowy z zawodu, trafił między tokarzy, ślusarzy i frezerów. Ci pracowali przy montażu silników lotniczych nowej śmiercionośnej broni. On otrzymał inne zadanie: drążenie podziemnych korytarzy w skałach dla przyszłej fabryki zbrojeniowej. Warunki potworne, praca po 12–16 godzin, głód, wilgoć i baty wachmanów. Zachorował. Straszna gorączka, ponad 40 stopni. Spędził kilka dni na rewirze, bloku przystosowanym na prymitywny szpitalik. Uratował go współwięzień, krakowski lekarz Zygmunt Kulig. Po kilku dniach wrócił do sztolni. Cztery kilometry za obozem. Zmiany dochodziły tam pieszo, każda liczyła ok. 100 więźniów. Wyniszczającej, nieludzkiej pracy wielu nie przeżywało. Skały obrywały się w tunelach nader często. Raz taki odłamek spadł Romanowi Gierce na nogę. Miał dużo szczęścia, bo tylko na nogę. Wtedy uwierzył w Opatrzność, w to, że jednak Bóg nad nim czuwa. Po raz pierwszy.

    Za ciasne buty

    Ze złamanym palcem u nogi wyruszył do Buchenwaldu. Mroźnego poranka, a Roman Gierka pamięta, że było to dokładnie 16 lutego 1945 r., kazano ustawić się więźniom w szeregach po pięciu. Kolumn było 20. Z przodu i z tyłu wachman z karabinem gotowym do strzału. Wyszło z obozu około tysiąca więźniów. Poszli na zachód, marszem śmierci, klucząc po drodze. Spuchnięta noga nie mieściła się w bucie, więc szedł boso. Pomimo mrozu poniżej 10 stopni. Kiedy któryś z więźniów padł, dobity strzałem wachmana, Roman Gierka próbował wziąć jego buty. Okazały się za ciasne. Udało się za drugim razem. Musiał przy tym uważać, bo esesman z przodu kolumny mógł w każdej chwili odwrócić się i za to zastrzelić. Ten idący z tyłu kolumny pozwolił mu na to. Gdy po miesiącu przekraczali bramę KL Buchenwald, skrupulatny obozowy pisarz odnotował nadejście z Hartmannsdorfu 399 wynędzniałych ludzkich wraków. Jako 188. został zapisany na liście 25-letni Roman Gierka. Ważył wówczas niewiele ponad 36 kg. Wiele lat po wojnie dane mu było ponownie przekroczyć bramę Buchenwaldu. Tym razem z grupą turystów. Był ciekawy, czy zachowały się jeszcze te wojenne statystyki. Zachowały się. I to bardzo dokładne. Stąd wiedział, że wielu z jego kolegów z Hartmannsdorfu tu nie doszło. – Byliśmy słabi, po wycieńczającej pracy przy drążeniu sztolni ledwo szliśmy. Ci, którzy padali, nie mieli siły, by powstać i iść dalej. Wtedy padał strzał. Czasem kilka. Nikt nie zbierał ciał, pozostawiano je przy drodze, czasem usuwano do rowu – opowiada pan Roman.

    Wieś dla silnych ludzi

    W Buchenwaldzie przeżył śmierć kliniczną. Z wycieńczenia, głodu i katorżniczego marszu. Świadomość wróciła dopiero po pięciu tygodniach. Wtedy znów zrozumiał, że jest Ktoś „u góry”, kto nad nim czuwa. Wiara w Boga pozwalała mu przetrwać najgorsze chwile. Jeszcze w Groß-Rosen zerwano mu z szyi medalik z Matką Boską. Innym więźniom zabierali szkaplerze. Ocknął się, gdy obóz był już wyzwolony. 11 kwietnia więźniowie wzniecili powstanie, słysząc nadchodzące wojska armii amerykańskiej gen. Pattona. W Obornikach zjawił się 21 czerwca 1945 roku. W 1978 r. przyjechał na Dolny Śląsk do Leśnej, bo przy sztolni, którą drążył, odsłonięto pamiątkową tablicę. Był jednym z trójki więźniów, którzy tu przybyli. Sporządzili listę, że zostało ich wówczas 14 Polaków, którzy przeżyli Hartmannsdorf. „Wieś dla silnych ludzi” – tak zanotował w swoich wspomnieniach inny z nich, Adam Opatowiecki. Dziś Roman Gierka ma 95 lat, jest nadal czynnym biegłym księgowym, kto wie, czy nie najstarszym w Polsce, badającym bilanse firm. Sprawnie posługuje się komputerem, stworzył na nim 9-tomowy maszynopis zasłużonych mieszkańców ziemi obornickiej. Ma świadomość, że jest najprawdopodobniej ostatnim żyjącym Polakiem, który przetrwał piekło Hartmannsdorfu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół