• facebook
  • rss
  • Czego mamy więcej szukać?

    dodane 25.06.2015 00:15

    O braku przypadku, porankach na dywaniku oraz o tym, co się dzieje, gdy w Kościele brakuje ducha misyjnego, z o. Jarosławem Wysoczańskim OFMConv rozmawia Jędrzej Rams.

    Jędrzej Rams: Wie Ojciec, dlaczego to akurat oni zginęli? Zbieg okoliczności?

    Ojciec Jarosław Wysoczański OFMConv: Od momentu, gdy usłyszałem o męczeństwie Michała i Zbyszka, stawiałem sobie pytania: dlaczego tak się stało i dlaczego żyję. To ja miałem wyjechać na urlop jako ostatni, ale siostra poprosiła, abym pobłogosławił sakramentowi jej małżeństwa. Zamieniłem się więc ze Zbyszkiem. Nieco żartobliwie mówiłem też na początku, że „Pan Bóg nie chciał śmierci grzesznika, ale aby on się nawrócił i żył”. Z upływem czasu czułem, że oni zapraszają mnie do tego, by być świętym, wiernym Ewangelii. Świętość polega na tym, aby być otwartym na działanie Boże w nas, aby dać dobrą odpowiedź, która jest zgodna z Jego snem miłości dla mnie. Jest to zadanie, staram się je odkrywać.

    Te trudne pytania kiedyś odeszły?

    Nie, nie odeszły, ale dzisiaj nie powracają tak mocno. Wydarzenia, które nas spotykają, mówią o prowadzeniu Pana Boga. Ja te przeżycia próbuję zrozumieć przez pamięć kontemplacyjną. Na końcu dnia człowiek jest bardzo zmęczony. Ale po nocy, gdy rano wcześnie wstanę, rozkładam dywanik (w wyobraźni), uklęknę do modlitwy, na nowo przypomnę sobie te wszystkie twarze, spotkania, słowa; w tym momencie nie jestem sam, ale wszystko staje przed krzyżem Chrystusa. Takie modlenie się pozwala mi popatrzeć na to, co przeżyłem w perspektywie Chrystusa, który nas kocha i prowadzi. Wówczas wszystko zaczyna się układać w logiczny ciąg. Wszystko ma jakiś sens. I dlatego przez pewien okres życia Zbyszek i Michał ciągle byli na tym „dywanie przed Panem”.

    A jacy to byli ludzie? Nie denerwowali się, nie męczyli się misjami?

    Oczywiście, nie było łatwo. Oni nie byli wcale jacyś tam nadzwyczajni. Byli normalnymi ludźmi. Spieraliśmy się, w takim dobrym tego słowa znaczeniu. Podejmowaliśmy decyzje wspólnie, padały argumenty za i przeciw. Byliśmy w ogóle trzema zupełnie różnymi charakterami. Jednak to nie one są w centrum uwagi. W centrum jest wiara. Jeżeli nie mamy wizji misji albo misja jest źle prowadzona, to znaczy, że mamy problem z wiarą. Kościół, który nie ma ducha misyjnego, umiera. Dlatego jest czymś smutnym, że mamy mało osób dotkniętych przez Pana Boga, którzy by się dzielili Chrystusem. W Kościele polskim mamy tylu kapłanów i tyle zakonnic, ale procentowo nie jesteśmy potęgą misyjną. Dlatego otwarte pozostaje pytanie, czy autentycznie wierzymy czy raczej jesteśmy tylko religijni? Michał i Zbyszek są przykładem ludzi wiary, a nie ludzi religijnych. Wierni aż do śmierci. Dlatego są dla nas wyzwaniem.

    Święci, których pamiętamy, a nie jacyś sprzed kilkuset lat, są niełatwi do zaakceptowania ze swoją świętością...

    Tak, ja sam rzeczywiście zmierzam się z tym tematem, pomaga mi w tym pokora. Muszę z nią stawać przed moimi braćmi, bo nawet gdyby byli największymi grzesznikami, to w tym ostatnim momencie, gdy decydują się zostać i oddać swoje życie w imię Jezusa, obmywani są ze wszystkich grzechów.

    A kult, poczucie świętości zaistniały w Pariacoto od razu? Przypominam sobie objawienie z Guadalupe, gdzie po ukazaniu się Matki Bożej na chuście Juana Diego tysiące Indian nagle zaczęło przystępować do chrztu...

    Podał pan ciekawy przykład, przed kultem było nawrócenie. Kto pierwszy się nawrócił przed Jua- nem Diego? Miejscowy biskup! Papież często mówi o potrzebie nawrócenia się kardynałów, biskupów i księży, a na końcu ludu Bożego. A najbardziej zachęca nas, kapłanów, aby być z tym ludem Bożym! Bo on ma kapitalny instynkt w odczuciu, czy ktoś jest autentyczny i szczery. U góry często ludzie się mylą – bo są interesy, polityka. Nie chcę generalizować, że wszyscy, bo nie oto chodzi. Ale wracając do braci, to oni od początku byli uważani za świętych. Wieśniacy na pytanie: „A kim byli Zbyszek i Michał?” odpowiadają: „Oni byli dobrzy”. Czego my mamy więcej szukać? Pismo Święte mówi: tylko Pan Bóg jest dobry. Jeżeli to mówią o człowieku, to już w takim momencie mamy jednocześnie beatyfikację i kanonizację.

    Nie bał się Ojciec, tak po ludzku, wracać do Pariacoto?

    Miałem dwa argumenty, żeby wrócić. Po pierwsze, świadectwo wiernych. Komuniści powiedzieli im, że gdy wrócą do kościoła, to spotka ich ten sam los, co ojców. A oni mimo to gromadzili się w kościele sami, otwierali tabernakulum i trwali w modlitwie. Po drugie mieliśmy tam trzech postulantów, których nie mogłem zostawić. Wróciłem tam i na szczęcie Pan Bóg był tak wspaniały i kochany, że bardzo szybko przysłał franciszkanina z Niemiec. Po kilku miesiącach przyjechał kolejny ochotnik, świecki Darek Mazurek. Ten drugi widział w Polsce film o naszych ojcach, przejął się i postanowił przyjechać do Peru. Bardzo się zaangażował i po roku, podczas kolejnej rocznicy, wręczył mi prośbę o przyjęcie do naszego zakonu. Dzisiaj jest kapłanem i pracuje w Peru. Nie miałem w sensie ludzkim problemów z powrotem. Bo co mogli mi zrobić komuniści?

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół