• facebook
  • rss
  • Konkwistadorzy znad Bobru

    Roman Tomczak

    |

    Gość Legnicki 08/2015

    dodane 19.02.2015 00:00

    Populacja tych gryzoni na naszym ternie jest już wystarczająco duża, żeby budzić zachwyt przyrodników i wściekłość rolników.

    Tylko w ub. roku w powiatach bolesławieckim, chojnowskim i lubińskim pod wodą znalazło się ok. 4 ha łąk przeznaczonych pod uprawę. Użytkujący je rolnicy biorą za to unijne dopłaty. Wkrótce mogą je stracić, bo nie mają nawet jak wjechać na zalane z powodu bobrzych żeremi tereny. Bobry to problem nie tylko wysoko położonych gmin i powiatów. Marian Jackiewicz z Jeleniej Góry dzierżawi ze wspólnikiem kilkanaście hektarów łąki w okolicach Ściegien. Przepływająca niedaleko Łomnica jest naturalnym siedliskiem bobrów.

    – Problem narasta z roku na rok. Coraz więcej bobrów buduje coraz więcej żeremi. A dla nas oznacza to coraz więcej strat – mówi. Wspólnicy właśnie złożyli wniosek o anulowanie umowy dzierżawy z gminą. Bobry pojawiły się na Dolnym Śląsku niedawno. Jak mówią przyrodnicy, z jednej strony dostosowały się do panujących tu warunków, z drugiej – bezwzględnie je sobie podporządkowują. – Nie boją się ludzi, więc nie straszne im bliskie sąsiedztwo gospodarstw czy maszyn pracujących w polu. Nawet tam, gdzie nie ma rzek czy stawów, bobrom wystarczy niewielki ciek wodny, żeby założyć rodzinę – mówi Sergiusz Rzatkiewa z nadleśnictwa w Bolesławcu. Ten region szczególnie upodobały sobie te gryzonie. Tereny nad Bobrem są ich prawdziwą mekką. Dlatego ich populacja, już i tak duża, stale się tu powiększa. Cieszą się z tego leśnicy. – Jeśli w lesie pojawia się nowy gatunek, to tylko dobrze wpływa na cały ekosystem. Bobry modyfikują las na swoje potrzeby, ale bez szkody dla lasu. Zalane tereny natychmiast zasiedla nowa fauna i flora. Podmokłe łąki są najbardziej naturalnym przejściem od pół do lasów – wylicza Jacek Celmer z nadleśnictwa w Jaworze.

    Urodą miejsc zmodyfikowanych przez działalność bobrów mniej są zachwycone samorządy. Zatkane rowy melioracyjne, przepusty pod drogami, zastawki na strumieniach niespełniające swojego zadania – to wszystko spędza sen z powiek pracowników Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych we Wrocławiu. Co roku wysyła się stamtąd do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska kilkadziesiąt wniosków o pozwolenie na likwidację żeremi. – Problem jest taki, że na decyzję trzeba czekać nawet kilka miesięcy. A jak już przyjdzie, to nie zawsze można ją wprowadzić w życie, bo prawo zezwala na likwidację żeremi tylko dwa razy w roku, na wiosnę i na jesień – wyjaśnia Damian Godek z WZMiUW. Ale nawet jeśli uda się otrzymać zezwolenie we właściwym czasie, mogą być kłopoty z jego realizacją. – Żeremia to tak kunsztowne konstrukcje, że czasami bardzo trudno je zlikwidować. To są tony materiału, splecionych ze sobą gałęzi i ciężkich drągów dodatkowo pozlepianych błotem. Największe żeremia mają po kilkadziesiąt metrów kwadratowych powierzchni. A i tak te „żelazne” konstrukcje powstają na nowo w zaledwie dwa dni po ich zlikwidowaniu – mówi D. Godek.

    Na liście oczekujących na zezwolenia na likwidację żeremi są m. in. rolnicy z Komornik, Moskorzyna, Tarnówka, Żukowa i Nowej Wsi Lubińskiej w powiecie polkowickim. Mimo że nie ma tam rzek i stawów, problem z bobrami narasta. – Dlatego, że bobry „czepiają się” najmniejszych cieków wodnych i już się stamtąd nie ruszają – wyjaśnia Małgorzata Kalus-Chiżyńska z Wydziału Ochrony Środowiska i Obszarów Wiejskich Urzędu Gminy w Polkowicach. – Tak nikłe rzeczułki jak Moskorzynka czy Żdżerawita są już domem kilku pokoleń bobrów – dodaje.

    Władysław Stępień, sołtys w Komornikach, stracił przez bobry kilka arów młodego lasu. Na jego odbudowę będzie musiał czekać co najmniej kilkadziesiąt lat. Bobry w jego sąsiedztwie wciąż się mnożą, zagrażając m.in. odpowiedniej melioracji pobliskiego zbiornika odpadów poflotacyjnych, należącego do KGHM. Mieszkance Tarnówka bobry wycięły najzdrowsze dębczaki wzdłuż Żdżerawity, a Janowi Pszczole z Nowej Wsi Lubińskiej zalały pół hektara pszenicy na pniu. – Co nie zgniło, w zimie zjadły sarny – mówi z goryczą rolnik.

    Wpływ bobrów na środowisko nie jest jednoznaczny. Jak podkreślają leśnicy, dopóki ich obecność dotyczy lasów, wszystko jest w porządku. – Osobiście bardzo lubię te zwierzęta ze względu na ich rodzinny tryb życia i inteligencję. Ale rozumiem, że mogą być źródłem utrapienia dla rolników. Mimo wszystko należy się cieszyć, że populacja bobrów tak dobrze zaaklimatyzowała się w tej części Polski, gdzie bobrów nigdy nie było – mówi Sergiusz Rzatkiewa. Jednak nawet leśnicy przyznają, że bobry na Dolnym Śląsku rozmnażają się wyjątkowo szybko, tak, jakby nie dotyczyła ich zasada o równowadze w przyrodzie, która sama reguluje wielkość każdej populacji. Dolny Śląsk jest obecnie drugim po Mazurach regionem Polski pod względem wielkości populacji tych gryzoni. Szacuje się, że tylko na terenie powiatów leżących w granicach diecezji legnickiej żyje ok. dwustu par bobrów. Każda para raz do roku ma od 2 do 6 młodych. Każde młode po 3 latach wyrusza w świat w poszukiwaniu swojego terytorium...

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół