• facebook
  • rss
  • Żyję nieco inaczej

    Jędrzej Rams

    |

    Gość Legnicki 06/2015

    dodane 05.02.2015 00:00

    Kilkanaście lat temu ta modlitwa ocaliła rodzinę przed rozbiciem. Walczyła wówczas żona. Dzisiaj wszyscy walczą o zdrowie córki. Z różańcem w ręce.

    Agnieszka Miarowska miała 37 lat, gdy jednego dnia pięć lat temu, będąc pracy, zaczęła nagle tracić czucie w nogach i rękach. Po dziesięciu minutach były całkiem sparaliżowane. Diagnoza: nieznany wirus zaatakował rdzeń kręgowy. – W całym szpitalu mieli tylko jedną ampułkę leku, który zatrzymał postęp paraliżu. Gdyby nie ona, dzisiaj nie mogłabym samodzielnie oddychać – wspomina kobieta. Ale co to był za wirus – do dzisiaj nie wiadomo.

    To była pierwsza tego typu choroba w Polsce. Szok, niedowierzanie i nadzieja, że lekarz wejdzie i powie, że za trzy dni wszystko minie. Ale nie mijało. Zaczęły się wewnętrzny bunt, rozpacz, panika. – Gdy ktoś wychodził nawet na chwilę z mieszkania, nie mogłam się podrapać po nosie, nie mogłam przytulić dziecka, pogłaskać psa! O tym się nie myśli, będąc zdrowym. Zaczęło się inne życie – mówi legniczanka.

    Wstaję i idę

    Na szczęście byli krewni. Ale to nie jest opowieść o rodzinie, która zawsze trzyma się razem, bo tak nie było... Mało kto w Legnicy nie kojarzy Krzysztofa Bartosiewicza, który tworzy wielkie, charakterystyczne różańce. Te zaś rozdaje wszystkim – od papieża i biskupów po potrzebujących ludzi. – Cześć! Tu Krzysztof, alkoholik – przedstawia się, gdy dzwoni, aby umówić się z nami na spotkanie. To część jego życia. Na szczęście poniekąd zamknięta. Ten, kto miał styczność z alkoholizmem, wie, że tego rozdziału nie da się zamknąć do końca. – Nie rozmawiamy o tym. Co było, to było – kwituje Agnieszka. Chociaż po chwili dodaje. – Teraz mam ojca. Wówczas bywały chwile, że nie mogłam na niego w ogóle liczyć. Teraz spłaca „długi”, i to bardzo dobrze – uśmiecha się. Kto mógł przypuszczać, że walcząc z chorobą, Krzysztof będzie przygotowywał się do pomocy córce? Sam przyznaje, że gdyby dalej pił, nie byłby w stanie nikomu pomóc. – Dzisiaj wszędzie chodzę, szukam, proszę o wsparcie dla córki. Wiele pomogli mi ci, do których mówiłem konferencje, jeżdżąc po całej Polsce. Kiedyś nie miałem odwagi pójść do urzędu. Musiałem najpierw się napić. A dzisiaj? Wstaję i idę – mówi.

    Rowerek do rąk

    A załatwić udało się wiele. Wiele samodzielnie. Ot, chociażby własnoręcznie zrobiony przyrząd rehabilitacyjny stojący w mieszkaniu. Cena rynkowa to ok. 18 tys. zł. Zrobiona częściowo przez ojca, wymagała tylko 1,5 tys. na materiały. Efekt? Agnieszka ćwicząc każdego dnia, jest dziś w stanie samodzielnie siedzieć na wózku inwalidzkim. – Teraz walczę o ruszanie rękami. To byłoby dla mnie nowe życie. Wydaje się, że osoba jeżdżąca na wózku marzy tylko o chodzeniu. Nieprawda. Mnie wystarczyłyby sprawne ręce – mówi Agnieszka. Dlatego na desce kreślarskiej znajomego jest projekt rowerku do ćwiczeń rąk. – Zobaczyłem taki w jednej z klinik. Od razu zacząłem szukać producenta. Jestem mistrzem ślusarskim, więc w głowie od razu powstały różne pomysły, jak zrobić taki samemu – mówi Krzysztof. To wiele. Gdy Agnieszka wyćwiczyła kark na tyle, by utrzymać głowę, zamarzyła o komputerze. Do niego zaś niezbędny był program do obsługi głową. Udało się go zdobyć. – Poznałam dzięki temu chorą dziewczynę. Chciała przyjechać, ale bała się, że będzie to zbyt długa podróż. Pytam ją: „Skąd jesteś?” Ona pisze: „Legnica”. Zaskoczenie! A jaka ulica? I podaje mi adres oddalony od mojego mieszkania o 100 m! – mówi Agnieszka. Tak zawiązała się przyjaźń. Po sąsiedzku wydarzyły się jednak także straszne rzeczy. Gdyby nie Agnieszka, kto wie, czy udałoby się uniknąć sąsiedzkiej tragedii? Kobieta wychodzi niekiedy na dwór. Jednego razu na spacerze usłyszała krzyki. Będący w amoku narkoman próbował udusić matkę. Wezwana przez Agnieszkę policja uratowała kobietę.

    Bo ja przecież żyję

    Gdy jadą do szpitali i klinik, tata zaczyna pakowanie od kopii całunu turyńskiego. Otrzymali go od proboszcza katedry w Turynie. Gdy przyszła choroba córki, oni byli akurat na objazdowej wycieczce po południowej Europie. Do Turynu przyjechali zaraz po otrzymaniu informacji. Proboszcz turyński obiecał wówczas modlitwę, udzielił specjalnego błogosławieństwa i wręczył wspomnianą kopię. Ona jest symbolem chrześcijańskiej wiary, że jest życie tam, gdzie wydaje się, że go nie ma. Takiej wiary wbrew ludzkiej nadziei. – Miałam kolegę, który chciał się zabić, bo zabrakło mu nadziei. Gdy zaczęliśmy rozmawiać, z czasem nawet i śmiać się, wróciła mu chęć do życia. Ja ją mam. Bo ja przecież żyję, chociaż nieco inaczej – mówi kobieta. Nadzieję na zdrowie, choćby częściowe, mają też rodzice. – A co mam nie mieć? Wierzymy. Codziennie wieczorem Różaniec musi być! – z uśmiechem mówi Krzysztof.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół