• facebook
  • rss
  • Przez te lipy pamięć nie umrze

    Roman Tomczak

    |

    Gość Legnicki 38/2014

    dodane 18.09.2014 00:00

    Historia. Drzew jest 86. Tyle, ilu zamordowanych księży w województwach tarnopolskim, lwowskim, stanisławowskim i wołyńskim.

    Jest słoneczne popołudnie, gdy wysiadamy na parkingu przy drodze. Za nami kościół parafialny, przed nami łąka. Po lewej stronie niepozorny szpaler świeżo zasadzonych lip. Nad głowami słychać być może ostatni tego lata świergot ptaków. – Widzi pan, udało się – mówi Alfred Janicki i pokazuje rząd młodych lip. Idziemy dalej, mijając niewielkie jeszcze drzewka i stację drogi krzyżowej. Na surowym, prostym krucyfiksie – prosty pobożny obrazek. – Pierwsza stacja jest przy kościele, ostatnia na końcu szpaleru – wyjaśnia Janicki. Przystajemy. – A teraz niech pan patrzy – Janicki wskazuje ręką na szpaler młodziutkich lip. Teraz dopiero widzę, że posadzono je tak, że tworzą krzyż. – Za 20–30 lat z góry będzie go widać jak na dłoni – zapewnia pan Alfred.

    Drzewa są wieczne

    Pomysł, żeby gdzieś pomiędzy Węglińcem, Czerwoną Wodą, Wykrotami czy Dłużyną posadzić drzewa, narodził się w głowie Janickiego dawno. Może jeszcze wtedy, gdy był kierownikiem miejscowej szkoły... Pan Alfred urodził się w jednym z małych domków w kresowych Ruzdwianach. Tam dorastał i patrzył, jakie są piękne. Ten obraz zachował w sercu do dziś. W Ruzdwianach małego Fredzia zastała wojna, co to zamieniła żołnierzy w bestie, sąsiadów w potworów, a Polaków – w ich ofiary. Wśród tych ofiar byli księża. To im, księżom z Kresów, dorosły Alfred zadedykował ten lipowy krzyż, który będzie kiedyś widoczny z wysoka. – Mówi się, że drzewa są wieczne i każdego przeżyją. Pamięć o naszych księżach też taka musi być – wieczna – Janicki mówi tym razem twardo, po batiarsku. Z tym pomysłem upamiętnienia polskich księży pomordowanych na Kresach podczas II wojny światowej poszedł do ludzi. Najpierw do burmistrza, starosty, nadleśniczego, a potem do przyjaciół, sąsiadów, znajomych i Bóg wie jeszcze do kogo. Dalej wieść o tym, co chce zrobić, roznosiła się sama. Do Węglińca, Czerwonej Wody, Wykrotów czy Dłużyny poniosła ją siła tęsknoty za kresowymi: Borszczową, Draganówką, Dziwnogrodem czy Ruzdwianami. Na taki apel ludzie nie pozostali obojętni. Burmistrz się zapalił, pomoc obiecał starosta, nadleśniczy i ludzie z pobliskich miejscowości, dla których pamięć o Kresach to świętość.

    Miłość, co kwitnie

    Bloki granitu wkopane równiutko w ziemię czekają, aż zawiśnie na nich tablica z krótką modlitwą i nazwiskami księży zamordowanych przez OUN–UPA. – Najpierw chciałem, żeby imienne tabliczki umieścić na drzewach w lesie. Później był pomysł, by zrobić to na drzewach wzdłuż starej linii kolejowej z Czerwonej Wody do Węglińca. Na koniec burmistrz zaproponował to miejsce. Najpierw nie chciałem się zgodzić, a teraz jestem szczęśliwy – Janicki uśmiecha się szelmowsko. – Miejscowi ludzie posadzili te lipy! Pieczołowicie i z namaszczeniem, żeby ich nie uszkodzić, żeby urosły i ludzką pamięć pobudzały – Janicki powtarza to tak, jakby się bał, że o tych ludziach ktoś zapomni. O ich przywiązaniu, o miłości do Kresów, co to nawet w trzecim pokoleniu kwitnie, a nie umiera.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół