• facebook
  • rss
  • Niekończąca się wędrówka

    dodane 19.06.2014 00:00

    Przez trzy miesiące wędrówki Krystyna Zabrocka przeszła z grupą przyjaciół z Polski przez Czechy, Niemcy i Austrię do Włoch. Przybyli do Rzymu, by uczestniczyć w uroczystościach kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II.

    Jędrzej Rams: Czym była dla Pani piesza pielgrzymka do Rzymu?

    Krystyna Zabrocka: Zanim wyruszyliśmy, długo się przygotowywaliśmy do wyprawy. Sprawdzaliśmy odzież i sprzęt w przejściach jesiennych, wymienialiśmy doświadczenia wśród Romeros wybierających się do Rzymu, planowaliśmy trasę. W samej podróży nie jest ważna liczba kilometrów do przebycia, lecz cel. A celem pielgrzymowania np. do Santiago de Compostela nie jest postać św. Jakuba, lecz Bóg. Uważamy, że nasza pielgrzymka nie skończyła się w Rzymie. Ona się w ogóle nie skończy, bo ciągle do nas wraca. Nasze spotkania w szkołach czy jak ostatnio w Lubaniu w Klubie Przyjaciół Camino są kontynuacją naszej pielgrzymki, nadal są trwaniem w radości z tamtej drogi. Wracaliśmy niedawno z konferencji z Torunia poświęconej szlakom jakubowym. Zauważyliśmy, że bardzo rzadko padały tam wzniosłe słowa i rzadko kto przywoływał Boga. Był z nami Emil Mendyk, który stwierdził, że nie sztuka mówić „Bóg, Bóg, Bóg”, ale tę wiarę wyrażać gestami, znakami, czynami. Dlatego my opowiadamy o tym, czego doświadczyliśmy, kogo i w jakich okolicznościach spotkaliśmy.

    Co myślała Pani w Rzymie po przejściu tylu kilometrów?

    Byłam ogromnie szczęśliwa. Tam, w Wiecznym Mieście, trwał już wielki festiwal radości. Czuliśmy się jedną wielką rodziną. Nikt nie pytał, po co tu jesteś, lecz jak się dostałeś, jak minęła podróż. Szłam z radością i wracałam z radością. Czułam wielką radość z wyróżnienia, łaski, że mogłam iść pieszo i w ten sposób dziękować za kanonizację. Porównuję czasami wędrówkę do Rzymu i sam pobyt w tym mieście do przygotowań ślubnych. Mam trzy córki, dlatego wiem, o czym mówię! Czeka się, że to za dwa dni, za jeden dzień… Czekaliśmy na wesele, przyjazd gości, na ich opowieści. Aż wreszcie przychodzi ta upragniona chwila… Ta radość, o której mówi papież Franciszek.

    Ruszyliście w drogę zimą. To była trudna trasa?

    Praktycznie do Tyrolu szliśmy w spodniach narciarskich, bo rankami potrafiło być nawet kilka stopni mrozu. Różnie bywało z noclegami. Do Pragi udawało się go załatwić u polskich księży, których w Czechach jest wielu. Później nie było tak łatwo, dlatego cieszyliśmy się z każdej pomocy. Robiłam wiele zdjęć, ale co rusz przypominają mi się sceny, których nie uwieczniliśmy. Ciągle do mnie wracają tamte wspomnienia. W jednej z parafii udało nam się przenocować u czeskiego księdza, który mieszka ze swoją 95-letnią mamą. Mówił o niej „moja maminka”. Kobieta poruszała się z wielkim trudem, a mimo tego czekała, aż przyjdziemy, żeby nas powitać. Przybyliśmy późno wieczorem. Pani przyszła i widać było, że wymagało to od niej wiele wysiłku. Biła z niej jednak taka ogromna i piękna radość. Rano ucałowaliśmy jej dłonie i poprosiliśmy ją o błogosławieństwo. To były piękne chwile, które zapadają w serce.

    Jak wyglądała wasza modlitwa?

    Bez modlitwy nie byłoby pielgrzymki. Korzystaliśmy z możliwości Eucharystii, modliliśmy się różańcem, zatrzymywaliśmy się przy kapliczkach. Szliśmy z intencjami własnymi, ale i zebranymi po drodze. Piękną duchowością, jakiej uczył nas znany dolnośląski caminowicz Paweł Peter podczas pielgrzymki do Erfurtu, było przywoływanie świętych z danego, mijanego przez nas właśnie regionu. W pamięć zapadła mi Msza święta, w której uczestniczyłam w sanktuarium Mariahilft w Passau, w Bawarii. Spaliśmy wówczas u paulinów, którzy w dniu, gdy ich opuszczaliśmy, jechali na kapitułę generalną do Częstochowy. To była taka Msza święta rozesłania – oni jechali do Polski, a my do Rzymu. Msza święta była bardzo kameralna. Miałam sposobność spożywać Krew Chrystusa z tego samego kielicha, co kapłani.

    Pielgrzymka piesza daje możliwość zwolnienia, popatrzenia na pewne sprawy z boku. Tak było w drodze do Rzymu?

    Jest takie powiedzenie, że ślimak widzi więcej niż zając. Tak też było z nami. Wstawaliśmy rano, zadowalaliśmy się małym śniadaniem i ruszaliśmy w drogę. Raz to była szósta, innym razem ósma rano. Modlitwa wspólna, później wędrówka. Szliśmy w pewnym oddaleniu od siebie, ale spotykaliśmy się na postojach. Zadowalaliśmy się tym, co nieśliśmy w plecakach, a więc wszystko było skromne. Może stąd brała się nasza otwartość na ludzi? Pamiętam wiele rozmów z przypadkowo spotkanymi osobami na ich spacerze, idącymi do pracy, przychodzącymi do nas i zaciekawionymi niebywałymi gośćmi. Mimo trudności i zmęczenia – pokonywaliśmy przecież prawie 30 kilometrów dziennie – szło się nam lekko. Zawsze mieliśmy nocleg. Raz była to pierzyna, innym razem tylko podłoga w przedszkolu. Pamiętam jeden z noclegów we Włoszech, w oratorium im. św. Jana Bosko. Dawało ono schronienie emigrantom, którzy całymi dniami pracowali za marne pieniądze. Schodzili się przenocować i zjeść coś ciepłego. I my byliśmy między nimi. Rozmawialiśmy z nimi. Obserwowaliśmy ich. I to było piękne, a zarazem mocne doświadczenie. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół